Ostatni Kat – Bernard Hopkins

Ostatni Kat – Bernard Hopkins

55-8-2. Bernard Hopkins to postać, którą nie sposób zamknąć w liczbach bokserskiego rekordu. W jego karierze było wszystko. Wielkie triumfy, mistrzowskie pasy, bolesne porażki, kontrowersje, kłótnie, kontuzje i wielkie pieniądze. Jeden z najbardziej oddanych pięściarstwu Mistrz przechodzi na sportową emeryturę, a już dziś wiemy, że powtórzenie jego drogi nie będzie możliwe.

Filadelfia lat 70-tych nie była miejscem, w którym realizacja „american dream” należała do najłatwiejszych. W północnych dzielnicach miasta, gdzie dorastał Bernard Hopkins, nikt o amerykańskim śnie nawet nie myślał. Wszechobecna bieda, brak rozrywek i perspektyw sprawiały, że młodzi mieszkańcy czarnych gett zastanawiali się przede wszystkim nad tym, jak zostać królem swojej dzielnicy. Nie inaczej było w przypadku nastoletniego Hopkinsa. Szybko poznał zasady panujące w otaczającym go świecie, a jego codziennością stały się napady i rozboje, zakończone ostatecznie pobytem w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Przerażająca rzeczywistość zakładu w Gateford wymusiła na niespełna 20-letnim Bernardzie zupełną przemianę. Przeszedł na islam i wybrał boks, jako sposób na warunkowe wyjście z więzienia i życiowych zawirowań. Ciężkie treningi oraz zwycięstwa w więziennych turniejach pozwoliły mu po 54 miesiącach odsiadki zrozumieć, że wszystko, czego chce, to nie wrócić do dawnego życia. Hopkins uczynił ze sportu kluczowe narzędzie swojej metamorfozy. Nie wszystko jednak od razu potoczyło się tak, jak by sobie tego życzył. Po debiutanckiej porażce z Clintonem Mitchellem przyszły mistrz świata pojął istotę totalnego podporządkowania wymaganiom stawianym przez ukochaną dyscyplinę. Na kolejne wejście do ringu Hopkins czekał półtora roku.

W lutym 1990 roku, w rodzinnej Filadelfii, rozpoczął swój zwycięski marsz. Po 22 wygranych z rzędu zwycięską passę Kata przerwał dopiero Roy Jones jr, który już wtedy totalnie dominował nad swoimi przeciwnikami. Srebrny medalista olimpijski z Seulu przewyższał Hopkinsa szybkością, stąd wynik walki 116-112 na kartach u wszystkich sędziów. Po raz kolejny „B-Hop” po porażce wyciągnął odpowiednie wnioski i przez następne 12 lat (!) pozostawał niepokonany.

Świetna praca nóg, skuteczne kontry, szczelna defensywa, zręczne regulowanie tempa walki i bezwzględne oddanie taktyce przez lata definiowały styl „Kosmity”. Na przełomie wieków zyskał miano prawdziwego eksperta w punktowaniu największych sław ringu. Jako pierwszy pokonał niesamowitego Felixa Trynidada. W doskonałym stylu znokautował Oscara De La Hoyę, zdobywając czwarty, ostatni z brakujących pasów wagi średniej. O kunszcie Hopkinsa przekonywali się również m.in. Simn Brown, Glen Johnson i Keith Holmes. Przy okazji kolejnych pojedynków boleśnie weryfikował tych, którym zbyt wcześnie wróżono wielką karierę. Po profesorsku wytykał braki w bokserskim fachu Pascalowi, Pavlikowi czy Tarverowi. Zdążył też wyrównać rachunki z Roy’em Jones’em, pokonując go w rewanżowym pojedynku w 2010 roku.

Hopkins nie zawsze wzbudzał powszechne uznanie. O ile w trakcie walk oraz w życiu prywatnym cechowało go opanowanie, tak w relacjach zawodowych bywał porywczy. Co ciekawe nawet te pozornie nerwowe ruchy były według niego starannie zaplanowane i prowadziły do celu, który obrał. Bezwzględnie walczył z nieuczciwymi promotorami, zwolnił legendarnego trenera Bouie Fishera, kiedy ten odrzucił proponowane mu warunki finansowe. „Kat” zawsze doskonale czuł się też w potyczkach słownych na konferencjach prasowych. Potrafił wtedy brutalnie obchodzić się z kolejnymi pięściarzami, niszcząc ich psychicznie jeszcze przed pierwszym gongiem. Podobnie jak w ringu również poruszając się w bokserskim biznesie, prezentował zarówno inteligentny, techniczny styl, jak i elementy brudnej gry.

Nie trzeba daleko szukać przykładów pięściarzy, którzy wchodząc w słuszny boksersko wiek, zaczęli rozmieniać swój dorobek na drobne. Legendarny Roy Jones Jr. ewidentnie przegapił moment, w którym powinien powiedzieć stop. Uważany w przeszłości za najlepszego pięściarza bez podziału na kategorie wagowe RJ wciąż błąka się po trzeciorzędnych galach, narażając zdrowie w bataliach z przeciwnikami, na których przed laty nawet by nie spojrzał. Choć Amerykanin próbuje tworzyć wokół swoich ostatnich poczynań aurę ciągłego dążenia na powrót na szczyt, to nie jest tajemnicą, że szuka przede wszystkim możliwości zarobku, po tym, jak stracił większość z zarobionej w ringu fortuny. Przykro było też patrzeć na kolejne „pożegnalne” walki Andrzeja Gołoty, gdy były pretendent do mistrzowskich tytułów w fatalnym stylu padał na deski po uderzeniach Tomasza Adamka i Przemysława Salety. Natomiast Hopkins ostatnimi laty starzał się z klasą rzadko spotykaną nie tylko w boksie, ale w sporcie w ogóle.

Od co najmniej dekady kolejni przeciwnicy za cel stawiali sobie wysłanie „Kata” na emeryturę. Sam Hopkins po walce z Antonio Tarverem w 2006 roku podjął nawet taką decyzję. Odbyła się wówczas specjalna impreza pożegnalna z obowiązkowymi przemówieniami okolicznościowymi. Na szczęście dla świata boksu mistrz błyskawicznie poczuł głód rywalizacji i otworzył nowy rozdział kariery.

Na wielu obserwatorach nie mniejsze wrażenie, niż jego 20 udanych obron tytułu w wadze średniej, robią zdobyte w wieku 46 i 48 lat pasy wagi półciężkiej. Wiek nie definiuje tego, co możesz i kim jesteś – lubi powtarzać „B-Hop”, umniejszając nieco swoje rekordowe osiągnięcia.

Co pozwoliło „Kosmicie” na tak efektywną „konserwację”? Nie trudno zauważyć dwa, silne fundamenty, na których zbudowana została jego ringowa długowieczność. Pierwszym z nich była ścisła dieta i reżim treningowy. Hopkins nawet dobijając do pięćdziesiątki, nie miał problemów z wagą, a precyzją zadawanych ciosów wciąż potrafił zaskoczyć niejednego oponenta. Drugim z filarów wielkości „Kata” stało się przygotowanie mentalne. Ciągłe niezaspokojenie i rzadko spotykana chęć wygrywania na każdym z etapów kariery cechują jedynie największych. Posiadacze mistrzowskich pasów przestają być wielcy, gdy tracą pasję do boksu – to coś, co pomaga przetrwać słabość podczas treningu i pokazać charakter w trakcie walki. Hopkins pozostał głodny boksu do końca.

„Kat” całe życie, robił przede wszystkim to, co sam uważa za najbardziej słuszne. W taki sam sposób chciał ostatecznie pożegnać się z ringiem – na własnych warunkach. Starannie zaplanował swoje „odejście”. Wybrał trudnego, będącego na fali wznoszącej Joe Smitha Jr., nad którym miał zdecydowaną przewagę bokserskiego IQ. Nie było mowy o łatwej walce z kimś, kto z szacunku padnie przed mistrzem na deski. To nie w stylu „Kosmity”. Ofensywny styl i siła ciosu Smitha Jr., znane chociażby Andrzejowi Fonfarze, miały polec w zestawieniu ze starannymi kontrami i perfekcyjną obroną. Wszystko brzmiało jak scenariusz na idealny finał przygody z boksem. Co więcej, Hopkins otwarcie deklarował chęć zakończenia kariery przez nokaut, którego nie zadał od ponad dekady, gdy w 2004 położył swojego dzisiejszego partnera biznesowego Oscara De La Hoyę. Smith Jr. nie zaskoczył. Ruszył na Hopkinsa od pierwszej rundy, raz za razem sprawdzając bardziej niż zwykle dziurawą defensywę „Kata”. Przewaga młodszego o 24 lata pięściarza z Long Island rosła, ale nie takie zwroty akcji widziano już między linami. W 8 rundzie pojedynku Smith Jr. pokazał dawnemu mistrzowi, że już czas na emeryturę najdobitniej, jak to było możliwe. Serią ciosów dosłownie wyrzucił go z ringu. Pierwsza porażka przed czasem przyszła więc w walce, która miała być ukoronowaniem blisko trzydziestu lat zmagań z rywalami i samym sobą. Hopkins w pierwszych chwilach po starciu nie mógł uwierzyć w taki obrót sprawy. Próbował doszukiwać się faulu Joe Smitha Jr. i apelował, by zamiast TKO sędziowie orzekli No Contest.

Dlaczego przegrał? Bez wątpienia ostatnie dwa lata osadziły nieco rdzy na jego blisko 52-letnim ciele. Nie było mu już łatwo wejść na najwyższe obroty podczas okresu przygotowawczego. Tak jak wcześniej, poległ ustępując zwycięzcy szybkością. Nawet zarobione w kalifornijskim Inglewood 800 tysięcy dolarów nie wynagrodzi „Kosmicie” gorzkiego smaku rozstania ze sportem. Nie o pieniądze przecież w tym pożegnaniu chodziło. Hopkins nie musi walczyć, by spłacać długi, bo od wielu lat umiejętnie inwestuje swój finansowy kapitał. Dziś może już zatem spokojnie zasiąść w fotelu, sięgnąć po kawałek ulubionego sernika i powtórzyć: jedyne czego chciałem to osiągnąć niemożliwe.

 

Maciej Głaczynski / FightExpert Magazine nr 6

foto: Francis Specker

Udostępnij

Comments are closed.