Damian Stasiak – wywiad

Damian Stasiak – wywiad

Damian Stasiak to z pewnością jeden z najlepiej rokujących Polaków w UFC. Swoją przygodę ze sportami walki rozpoczął od karate, w którym zdobył między innymi mistrzostwa świata oraz mistrzostwo europy. Jest również utytułowanym grapplerem, posiadającym czarny pas brazylijskiego jiu jitsu. W organizacji UFC, mimo niezbyt udanego początku, w kolejnych dwóch walkach efektownie poddawał swoich rywali, za co wielokrotnie otrzymywał nominację do poddania roku. Postanowiliśmy zapytać Damiana o początki jego przygody ze sztukami walk, powody dla których zrezygnował z karate na rzecz startów w MMA oraz plany i cele na bieżący rok.

Zanim przejdziemy do MMA, chciałbym zapytać o twój styl źródłowy, czyli karate. Lista twoich osiągnięć w tej dyscyplinie jest bardzo imponująca, zdobyłeś mistrzostwo świata i mistrzostwo europy. Wiem, że zrezygnowałeś już z treningu samego karate. Czy było to podyktowane koniecznością skupienia się wyłącznie na MMA, czy po prostu w karate wygrałeś już wszystko, co było do wygrania, a MMA jest dla ciebie kolejnym wyzwaniem?
Na początku to MMA było dodatkiem do karate, ze względu na to, że nie dało się żyć wyłącznie ze startów w mieszanych sztukach walki. W karate są stypendia, dzięki którym mając na swoim koncie mistrzostwo świata lub europy można utrzymać się wyłącznie z tego sportu. Do pewnego czasu łączyłem starty w obu dyscyplinach, ale gdy zgłosiło się do mnie UFC, musiałem podjąć decyzję, albo w lewo, albo w prawo. Zdecydowałem się na MMA, bo w karate osiągnąłem wszystko to, co chciałem osiągnąć. Dziś jestem instruktorem karate, ale nie wykluczam, że kiedyś wrócę do treningów, bo MMA jest sportem, którego nie da się trenować cały czas na poziomie wyczynowym.
Cieszę się, że w karate zostałem zapamiętany jako mistrz świata, odszedłem w najlepszym momencie, jednocześnie dając sobie jeszcze kilka lat na starty w mieszanych sztukach walki.

Przyznam, że nieco mnie zaskoczyłeś, gdyż mogłoby się wydawać, że startując w mieszanych sztukach walki, można liczyć na lepsze zarobki.
Startując w MMA, tak naprawdę zarabia się od walki do walki, są oczywiście sponsorzy, ale startując w UFC, nie jest tak prosto ich pozyskać, jak na przykład w KSW. W karate stypendia są wypłacane regularnie, miesiąc w miesiąc.

Jaka była reakcja twojego otoczenia, rodziny i bliskich, na decyzję o przejściu do MMA?
Najbardziej zaskoczony był mój tata, który zawsze obawiał się o moje zdrowie i sceptycznie podchodził do startów w MMA. Dużo lepiej tę decyzję przyjęła moja mama, która jest moją największą kibicką i jeździła ze mną na wszystkie zawody w karate i brazylijskim jiu jitsu.
Żona, gdy się poznaliśmy, wiedziała czym się zajmuję i że chcę walczyć, więc nie było to dla niej żadne zaskoczenie. Cała rodzina bardzo mocno wspiera mnie w tym, czym się zajmuje i to jest dla mnie bardzo ważne.

Poza karate startowałeś także z powodzeniem w turniejach grapplingowych, jednak to w tej pierwszej dyscyplinie święciłeś największe triumfy. W walkach w MMA to jednak parter jest płaszczyzną, do której najczęściej dążysz. Czy mimo doświadczenia wyniesionego z karate, czujesz się bardziej komfortowo, walcząc ze swoimi przeciwnikami „na chwyty”?
Wynika to z tego, że w parterze czuje się po prostu bezpieczniej i w tej plaszczyznie czuję również przewagę umiejętności nad swoimi przeciwnikami. W stójce nie czuje się źle, jednak tutaj każdy cios na głowę czy tułów może zakończyć walkę. W parterze jeden cios nie jest w stanie mnie znokautować. Dodatkowo jak dotąd, dostawałem przeciwników z mocną stójką, więc w walce z nimi wykorzystywałem swoje doświadczenie wyniesione z BJJ. Jeśli w kolejnych walkach będę dostawał zawodników parterowych, to na pewno odwołam się do swoich umiejętności karate i będę szukał przewagi w walce na ciosy.

Twoje poddanie z gali w Zagrzebiu dla wielu osób było poddaniem roku, zapowiedziałeś, że w tym roku być może poszukasz nokautu.
Na pewno będę się starał. Kibiców często zaskakuje to, że jako styl źródłowy podane mam karate, a w walkach pokazuje głównie techniki parterowe. Jeśli tylko przeciwnicy będą na to pozwalać, będę chciał pokazać swoje umiejętności stójkowe.

Pierwszą walkę dla UFC stoczyłeś na gali w Krakowie przeciwko Yaotzinowi Mezie, decydując się na ten pojedynek z bardzo krótkim wyprzedzeniem. Walkę przegrałeś na punkty, jednak pokazałeś się z bardzo dobrej strony, co z pewnością przyczyniło się do tego, że dostałeś kolejne propozycje walk. Czy patrząc na to z perspektywy czasu, dziś również podjąłbyś to ryzyko, aby znaleźć się w największej organizacji na świecie?
Na pewno postąpiłbym dokładnie tak jak wtedy. Wówczas byłem dwa tygodnie po walce na brytyjskiej gali BAMMA, gdzie stoczyłem jedną z cięższych walk w swojej karierze, z niepokonanym na tamten czas Mike’em Grundy’m. Gdybym nie podpisał kontraktu z UFC, kolejnym moim starciem byłaby walka o pas brytyjskiej organizacji. Propozycja walki w Krakowie wyszła ze strony UFC, to oni pierwsi się odezwali do mojego managera. Wypadła wówczas walka Claudii Gadelhi z Aisling Daly, podjęto więc próbę dodania na kartę innego zestawienia w zastępstwo.

Podczas „Fight weeku” przed galą w Krakowie wyglądałeś na dosyć mocno poobijanego.
Tak, byłem jeszcze porozbijany po poprzedniej walce, ale chyba każdy zawodnik marzy o walce dla UFC, dlatego wtedy nie miało to aż takiego znaczenia. Umiejętnościami może nie wyglądało to tak, jak powinno, gdyż cały czas się rozwijam i jest coraz lepiej, jednak gdybym jeszcze raz miał podjąć decyzję o wzięciu tej walki, nie odmówiłbym. Na kolejną szansę walki dla UFC mógłbym czekać rok, dwa a może nawet nigdy już takiej nie dostać. Czasem trzeba wykorzystać szczęście, mnie się to udało. A w walce z Yaotzinem Meza przegrałem w głównej mierze sam ze sobą, zabrakło mi kondycji i siły.

W trzeciej rundzie było już widać po tobie bardzo duże zmęczenie.
Po pierwszej rundzie, gdy usiadłem w narożniku, myślałem sobie „kiedy ta walka się skończy”. Dzięki swojej nieustępliwości i waleczności nie poddałem się i w kolejnych rundach szukałem swojej szansy w parterze. Zawodnik, z którym walczyłem, był jednak typowym parterowcem z czarnym pasem brazylijskiego jiu-jitsu, więc niestety nie udało mi się. Czego efektem było przegranie walki na punkty. Uważam jednak, że pokazałem w tej walce charakter, nieustępliwość i to, że zawsze walczę do samego końca i to chyba w dużej mierze zaważyło na tym, że dostałem kolejną szansę na walkę od UFC.

Na twoją kolejną walkę musieliśmy czekać niespełna rok. Zmierzyłeś się wówczas na gali w Zagrzebiu z lokalnym faworytem, Filipem Pejicem. Twój przeciwnik nie okazywał ci szacunku, prowokując cię nawet poza kamerami w hotelu. Czy takie zachowanie w jakikolwiek sposób wpływało na ciebie negatywnie, a może wręcz przeciwnie, nakręcało cię jeszcze bardziej do walki?
Na pewno w żaden sposób nie wpływało to na mnie negatywnie, generalnie jestem zawodnikiem, który przed walką jest bardzo spokojny. Nie jest łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Takie zachowanie jest dla mnie śmieszne, dzięki temu, że jestem karateką, zostałem wychowany w sportowym duchu i prezentuję znacznie inne wartości niż pajacowanie i szukanie zaczepek.
Z drugiej strony, dobrze się stało, bo on przez swoje prowokacje i zaczepki wypromował tę walkę, a skończyła się tak, jak wszyscy widzieliśmy.

Czy zwycięstwo nad przeciwnikiem, który nie okazywał ci szacunku, w tak dominujący sposób daje więcej satysfakcji?
Jak najbardziej. Sam nie spodziewałem się, że ta walka może potrwać tak krótko. Satysfakcja była ogromna i to również przyczyniło się do tego, że pod wpływem emocji wykonałem gest „rozstrzelania” po walce.

Pejic po walce stwierdził, że czuł się wypalony i zmęczony, czym tłumaczył swoją porażkę. Czy twoim zdaniem możliwe jest to, aby zawodnik kipiący energią i agresją przed walką faktycznie był wypalony, czy to tylko kiepska wymówka Chorwata, który próbował usprawiedliwić swoją porażkę?
Głupie gadanie, nie potrafił pogodzić się z tym, że został zdominowany. Cały czas przed walką mówił, że mnie pokona, że nie mam najmniejszych szans. Gdyby zwyciężył tę walkę, to mówiłby wówczas, że wszystko było fantastycznie i tak jak powinno być. Przegrał i szukał jakiegokolwiek usprawiedliwienia.

Do tej walki, podobnie jak do poprzednich, wychodziłeś przy piosence Duran Duran – Wild Boyz. Jest to piosenka, do której przez większość kariery wychodził do walk Mirko CroCop. Z tego powodu nie mogłeś do niej wyjść podczas gali w Krakowie. Jak Chorwacka publiczność zareagowała na to, że wychodzisz do piosenki kojarzącej się z jednym z najpopularniejszych chorwackich sportowców?
Z początku ludzie z UFC powiedzieli mi, że na gali w Chorwacji również nie mogę wyjść do tej piosenki, bo jest to piosenka Mirko CroCopa. Zacząłem już szukać innej piosenki, ale po czasie zadzwonili do mnie z informacją, że skoro Mirko nie walczy na tej gali, to mogę wychodzić do walki przy tej piosence. Na mnie ta piosenka działa bardzo motywująco, jest spokojna i pozwala mi się skupić w ostatnich chwilach przed wejściem do klatki. Chorwaci byli bardzo zaskoczeni tym, że wychodzę do tej piosenki, ale wydaje mi się, że lepiej mnie dzięki temu zapamiętali, tym bardziej że wygrałem walkę w dość efektowny sposób.

Po tej walce po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć twój firmowy gest, który został później okrzyknięty przez komentatorów jako „Machine Gun Ninja”, a polegał on na „rozstrzelaniu” twojego rywala, oczym już wspomniałeś. Wykonałeś go również po walce na UFC 204 z Daveyem Grantem. Czy od początku planowałeś jego wykonanie, czy może był to spontaniczny gest pod wpływem emocji?
W Chorwacji był to spontaniczny gest, nie planowałem tego. Na gali w Londynie po prostu powtórzyłem go, tylko tym razem w stosunku do kibiców.

Czy w kolejnych walkach również możemy spodziewać się tego gestu?
Wydaje mi się że tak, pod warunkiem, że faktycznie zajdzie taka potrzeba. Będę „strzelał”, kiedy będzie to zasadne (śmiech). W Chorwacji strzelałem do Filipa, który zachowywał się wobec mnie lekceważąco, w Londynie do publiczności, która w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach była przeciwko mnie. Sam Davey Grant zachowywał się bardzo w porządku do mnie. Jeśli zarówno kibice, jak i przeciwnik będą zachowywać się w porządku, raczej nie będę pokazywał tego gestu.

Walkę z Grantem również zakończyłeś poddaniem, tym razem jednak walka była bardzo wyrównana. Po drugiej rundzie na kartach sędziowskich był remis. Czy do kolejnej rundy wychodziłeś z nastawieniem, że musisz dać z siebie wszystko, aby wygrać?
Zdecydowanie. W narożniku trener mówił mi, że muszę postawić wszystko na jedną kartę. Miałem iść do przodu i walczyć, bo jeśli przegrałbym tę rundę, walka zakończyłaby się na korzyść mojego rywala. Kluczowa była tutaj kondycja, bo umiejętności można posiadać lepsze lub gorsze, ale gdy brakuje tlenu to nic nam po nich. Na szczęście pod tym względem poczyniłem postęp i wychodząc do trzeciej rundy, miałem jeszcze siłę, aby kontynuować swoją ofensywę. Po moim rywalu widziałem, że ma z tym problem. W walce popełniłem błąd w momencie, gdy poszedłem po obalenie, Davey mnie skontrował i musiałem wciągnąć go do gardy.

W MMA wciąganie do gardy to chyba nie najlepszy pomysł.
To prawda, wydaje mi się, że to odruch, który pozostał mi po startach w turniejach grapplingowych. Po tym, jak znalazłem się z dołu, od razu zacząłem szukać możliwości poddania rywala. W momencie, gdy udało mi się złapać dźwignię na łokieć, wiedziałem, że teraz albo nigdy. Wbrew temu, co się wydaje, takie próby poddania zabierają bardzo dużo tlenu. Gdybym wtedy odpuścił, walka mogłaby potoczyć się różnie.

Twój rywal nie klepał mimo tego, że dźwignia była bardzo ciasno zapięta, co w konsekwencji spowodowało złamanie jego ręki. Czy mimo tego nie miałeś chwili zawahania, aby dokończyć tę technikę i w rezultacie złamać rywalowi rękę?
Wydawało mi się, że Davey klepał, jednak sędzia był z drugiej strony i tego nie widział. Każdy zawodnik, który wchodzi do oktagonu, wie na co się pisze i jakie jest tego ryzyko. Wielokrotnie zdarzało się, że przeciwnik klepał, sędzia tego nie zauważał i przez to walka wracała do stójki. Ja wiedząc, że wkładam wszystkie siły w tę technikę, nie mogłem sobie na to pozwolić i czekałem aż to sędzia przerwie walkę.

Na co kładziesz największy nacisk w swoich treningach? Wspominałeś o chęci znokautowania kolejnego przeciwnika. Czy kładziesz teraz większy nacisk na treningi stójkowe?
Tak naprawdę, od początku swojej przygody w UFC najbardziej skupiam się na przygotowaniu motorycznym, stójkowym i zapaśniczym. Pewnie zaskoczę wielu, ale w moim treningu najmniej robię parteru. To też nie jest dobre. Po ostatniej walce mówiłem sobie, że muszę wrócić do częstszych treningów parterowych, obecnie raz w tygodniu mam trening typowo na chwyty. Jednak największy nacisk kładę właśnie na motorykę, stójkę i zapasy, bo były to moje trzy najsłabsze ogniwa.

Ostatnio bardzo często słyszymy o tym, że zawodnicy zmieniają swoje kluby, wyjeżdżają trenować do innych krajów, tak zrobiła choćby Joanna Jędrzejczyk czy Krzysztof Jotko. Twoim trenerem praktycznie od początku przygody ze sportami walki (od 1996 roku), jest Radosław Olczyk. Co twoim zdaniem sprawia, że wasza współpraca tak dobrze się układa?
W głównej mierze wynika to z tego, że po takim czasie nasze stosunki są już bardziej przyjacielskie, rodzinne. Wytworzyła się między nami więź, nikt nie rozumie mnie tak dobrze, jak trener. Żaden inny trener nie zna mnie tak dobrze i to przekłada się na treningi. Oczywiście wyjeżdżam również do innych klubów, inni trenerzy udzielają mi wskazówek, ale „head coachem” był i będzie na pewno Radosław Olczyk.

Wyjeżdżałeś na treningi między innymi do znanego na całym świecie Phuket Top Team, bywasz także na sparingach w Łódzkim Shark Top Team. Co dają ci takie wyjazdy?
Przede wszystkim bardzo dużo doświadczenia. Idąc do innego klubu, nie można liczyć na taryfę ulgową. Trenując u siebie trener czy koledzy z maty czasem mi odpuszczają. Wyjeżdżając na treningi do innych klubów można nabrać pewności siebie, złapać doświadczenie i podnieść swoje umiejętności. Takie wyjazdy to dla mnie nieodzowny element przygotowań do walk.

W Polskim boksie ostatnio zrobiło się bardzo głośno za sprawą wpadek dopingowych między innymi Michała Cieślaka, Nikodema Jeżewskiego czy Andrzeja Wawrzyka. UFC od pewnego czasu współpracuje z organizacją antydopingową USADA. Czy faktycznie jest tak, że w każdej chwili, niezależnie od miejsca w którym się znajdujesz, możesz spodziewać się odwiedzin przedstawicieli tejże organizacji, którzy mają prawdo do pobrania od ciebie próbek do badania na obecność dopingu?
Jest dokładnie tak, jak mówisz. Od ostatniej walki nie byłem jeszcze ani razu badany, a w ubiegłym roku byłem badany trzykrotnie. Każdy zawodnik jest zobligowany do wypełnienia specjalnego dzienniczka, w którym musi podać, gdzie w danym momencie będzie się znajdować. Jeśli wybieram się na obóz przygotowawczy lub nawet wyjeżdżam na weekend z żoną i dzieckiem, również muszę wpisać to w dzienniczku, gdzie dokładnie będę się znajdował. Kontrole są kompletnie niezapowiedziane, miałem kiedyś taką sytuację – pojechałem do swoich rodziców i dostałem telefon, że przedstawiciele USADA są pod moim domem, musiałem wówczas zawrócić i w ciągu godziny stawić się na kontrolę. Jeśli nie stawiłbym się do kontroli, otrzymałbym ostrzeżenie, które można otrzymać tylko raz. Równiez można zostać wyrzuconym z organizacji, właśnie za unikanie kontroli antydopingowych.

Czy twoim zdaniem w każdym sporcie powinny odbywać się takie niezapowiedziane badania jak w UFC?
Według mnie tak. Doping w sporcie jest, był, i będzie. Jednak, jeśli doping byłby dozwolony, to nie będzie już praktycznie żadnych ograniczeń i można będzie tylko prześcigać się w tym, kto ma więcej pieniędzy i lepszego lekarza.

Jakie masz plany na najbliższy rok? Ile walk docelowo chciałbyś stoczyć i gdzie planujesz się przygotowywać?
Chciałbym stoczyć dwie walki, a przy sprzyjających wiatrach trzy. Co zaś tyczy się przygotowań, to tak jak wspominałem wcześniej, osobą odpowiedzialną za moje przygotowania jest Radosław Olczyk, a głównym klubem United Gym w Aleksandrowie Łódzkim. Na pewno będę jeździł na sparingi do ekipy Shark Top Team oraz Warszawskiego Centrum Atletyki. Planuję także wyjazd do Niemiec do klubu Petera Sobotty, na tę chwilę nie planuję dalszych wyjazdów z uwagi na kontuzje, z którymi wciąż się borykam i muszę być pod kontrolą fizjoterapeuty.

Jesteś w tej chwili numerem jeden w kategorii koguciej w Polsce. Czy przykładasz wagę do rankingów oraz, czy w jakiś dodatkowy sposób motywuje cię to do treningów?
Na pewno bardzo mnie to cieszy, bo każdy dąży do tego, aby być najlepszym i wspinać się w drabinkach europejskich i światowych rankingów. Jest to dla mnie miłe i na pewno sprawia, że osoby czy firmy, które we mnie inwestują, widzą tego efekty.

Wspominałeś kilkukrotnie, że dużo chętniej walczyłbyś na gali w Europie z uwagi na brak zmiany strefy czasowej. Czy coś w tej kwestii się zmieniło? Nie pojawiła się chęć na zawalczenie na przykład w Stanach Zjednoczonych?
Mogę zrobić jeszcze jedną walkę w Europie, a później możemy myśleć o startach gdzieś dalej. Z drugiej strony, ostatnio na gali w Londynie, walczyłem o drugiej w nocy (z uwagi na transmisje w Stanach Zjednoczonych -red.) więc w sumie, jeśli tak ma być, to jest mi już zupełnie obojętne czy będę walczył w Europie, czy nie bo i tak w pewnym sensie muszę zmieniać strefę czasową. Za występami w Europie przemawia jednak fakt, że kibice mają znacznie bliżej i mogą przyjechać na moją walkę, co w wypadku startów w Stanach Zjednoczonych nie jest już tak oczywiste.

Przed angażem w UFC mówiłeś, że twoim celem jest zawalczyć dla UFC. Później poprzeczka powędrowała wyżej i obrałeś sobie za cel wygranie dwóch walk. Jakie są teraz twoje cele w MMA? Debiut w rankingu TOP15 UFC, walka o pas?
Jeśli wygram najbliższą walkę, będę celował w rankingach TOP15. Moja najbliższa walka będzie ostatnią w moim kontrakcie, więc wszystko tak naprawdę ustawi najbliższy pojedynek. Cieszy mnie fakt, że zapisałem się już na kartach UFC jako Polak, który wygrywał walki i odnosił sukcesy. Dostałem już propozycję na walkę z zawodnikiem z TOP15, jednak musiałem odmówić z powodu kontuzji. Podchodzę do tego na chłodno, wciąż uczę się nowych rzeczy i staje się lepszym zawodnikiem.

Życzę zatem walki, która przybliży cię do rankingu TOP15 i pozwoli przebić się do szerszego grona kibiców. Dziękuje bardzo za poświęcony czas.
Również bardzo dziękuję.

Wojciech Piasecki / FightExpert Magazine nr 6

Udostępnij

Comments are closed.