U źródeł sztuk walki

U źródeł sztuk walki

U źródeł sztuk walki, tak jak u źródeł każdej albo prawie każdej aktywności człowieka, należy dopatrywać się pobudek praktycznych. Tak samo jak taniec – zdawać by się mogło, czysto rozrywkowa forma ruchu, a jednak pierwotnie pełnił funkcję rytualną i jego zadaniem było ułaskawienie bóstw bądź dopełniał on inne, prymitywne obrządki – tak zadaniem pierwotnych sztuk walki było wypracowanie możliwie najskuteczniejszego sposobu na zabicie wroga. O ile jednak praktykowanie tańca nie było obarczone ryzykiem nadmiernej urazowości, o tyle ćwiczenie, a zwłaszcza sprawdzanie umiejętności militarnych wiązało się już ze znacznym prawdopodobieństwem poważnego zranienia bądź nawet śmierci jednego z walczących. Zważywszy na to, że w pojedynkach i pra-turniejach udział brali najlepiej wyszkoleni wojownicy, strata bądź ciężki uraz jednego z nich musiała być dla grupy poważnym problemem. Obniżała ona bowiem jej zdolności bojowe (i zapewne łowieckie), co każe sądzić, że zniwelowanie tegoż problemu również było zagadnieniem natury praktycznej. Prawdopodobnie w taki sposób narodziły się pierwsze zasady walki turniejowej, które z upływem wieków przekształciły się w walkę sportową, a sztuki walki stopniowo przemieniły się w sporty walki. Niestety każda forma ingerencji w potyczkę – a wprowadzenie zasad, choćby nawet najdrobniejszych jest taką ingerencją – obarczona jest skutkami ubocznymi. Tymi zamierzonymi, jak i niezamierzonymi. W poniższym artykule postaram się wyłuskać to, jak zasady punktacji oraz zasady walki wypaczają obraz pojedynków i zmieniają sposób, w jaki zawodnicy się do nich przygotowują.

Najlepszym i chyba najbardziej skrajnym przykładem takiego wpływu jest obecna szermierka – szabla, szpada, floret. Pomimo różnic dzielących te dyscypliny, w każdej z nich podstawowym kryterium zdobycia punktu jest zasada pierwszeństwa trafienia. Oznacza ona, że punkt zdobywa zawodnik, który sięgnął celu wcześniej, przy czym jest to różnica nie mniejsza niż 0,2 sekundy. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać sensowne, bo przecież trafienie ostrą bronią oznaczało ranę bądź nawet śmierć przeciwnika, a to powinno być i w rzeczy samej było, celem nadrzędnym walki bronią białą. Kiedy jednak przyjrzymy się skutkom zastosowanej punktacji w praktyce – kiedy przyjrzymy się walce sportowej, bardzo szybko nabierzemy podejrzeń. W zasadzie w każdym pojedynku szermierczym mamy do czynienia z podwójnymi trafieniami, co w prawdziwej konfrontacji oznaczałoby ni mniej, ni więcej a… dwa trupy. Rzecz jasna w myśl panujących zasad większość takich trafień nie jest klasyfikowana jako podwójne, jeśli tylko zawodnik atakujący był szybszy o te dwie dziesiąte sekundy. Czy jednak w walce na ostrą broń stanowiłoby to jakąkolwiek różnicę? Idąc tym tropem, czy zatem trafienie kosztem ciężkiej rany nie powinno być w pierwszej kolejności skreślone z zestawu stosowanych taktyk? I skoro tak, to czy pierwszeństwem w walce bronią białą nie powinno być najpierw, zapewnienie sobie bezpieczeństwa, a dopiero później, wyprowadzenie ataku? Wydaje się to logiczne, gdyż zwycięstwo okupione ciężką raną albo śmiercią jest w istocie zwycięstwem Pyrrusowym. O ile w ogóle jest zwycięstwem. Ta teza zdaje się mieć zresztą potwierdzenie w średniowiecznych rycinach oraz traktatach szermierskich – np. w słynnych zapisach czternastowiecznego mistrza miecza, Johanna Liechtenauera. Duble, naturalnie, zdarzały się w pojedynkach, lecz były rzadkością. Tymczasem punktacja w dzisiejszej szermierce, poprzez zasadę pierwszeństwa trafień, wręcz je wymusza i kierunkuje walkę na samobójcze trafienia obopólne.

Fechtunek jest oczywiście przykładem skrajnym, lecz nie unikatowym. Jego militarne zastosowanie zniknęło wraz z pojawieniem się broni palnej, zaczęto go więc praktykować wyłącznie w celach rozrywkowych i w takim kontekście ewoluowały jego zasady. Niemniej zanik praktycznego celu walki jeden na jeden można zaobserwować także w innych dyscyplinach, niekoniecznie pozbawionych dziś zastosowania w codziennym życiu. Jednym z przykładów takiego sporu walki są zapasy. Mimo iż żyjemy dziś w najbezpieczniejszych czasach w historii, umiejętność walki wręcz nie stała się jeszcze całkowicie nieprzydatna (jak wspomniana wyżej umiejętność walki szablą). Jako świadectwo tego można traktować całą masę „combatów” i zajęć z samoobrony, które cieszą się niemalejąca popularnością. Śmiało można na tej podstawie uznać, że skuteczna walka i umiejętność obrony jest potrzebna również i dzisiaj. Mimo tego ewolucja zapaśniczych reguł doprowadziła do bardzo mocnej specjalizacji i w efekcie odrealnienia dyscypliny, a przecież nie zawsze tak było. Początki nowożytnych zapasów to catch-as-catch-can wrestling – ówczesne zapasy w stylu wolnym, które przypominały bardziej dzisiejszy grappling niż znane z Igrzysk Olimpijskich „klasyk” i „wolniak”. Ta wolna amerykanka jeszcze na Igrzyskach w Saint Louis w 1904 roku była jedynym rodzajem zapasów. Wśród dozwolonych technik były dźwignie i duszenia, ba! Znana jest sytuacja, w której zapaśnicy z Wigan protestowali, kiedy na jednym z turniejów zabroniono… ciągnięcia za włosy!

Zapasy są także dobrym przykładem wpływu reguł na zasób stosowanych technik. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się przykładem. Brak możliwości zakończenia walki poprzez technikę kończącą (dźwignia, duszenie) a jednoczesna możliwość natychmiastowego finiszu poprzez tzw. „tusz” (położenie rywala na łopatki na czas jednej sekundy) sprawia, że na matach zapaśniczych sportowcy bronią się ucieczką na brzuch. Pomijając niebezpieczeństwo takiej pozycji w faktycznej konfrontacji, którego oczywistość nie wymaga komentarza, zasady punktacji wymuszają inne, irracjonalne z punktu widzenia walki o ograniczonych zasadach techniki. Sztandarowym wręcz przykładem jest podnoszenie tegoż leżącego rywala do góry i próba rzutu (bądź ewentualnie wózka), by spowodować jego odwrócenie na plecy. Patrząc na te akcje przez pryzmat sportów walki o mniejszej ilości zasad, nie można nie odnieść wrażenia, że są one ogromnym marnotrawieniem energii. Czyż nie prostsze, wręcz instynktowne, byłoby w takiej sytuacji dociśniecie rywala i zastosowanie uderzeń bądź duszenia? Inny zapaśniczy przykład to walka o „tusz”. Fakt, że do wygrania boju przed czasem wystarczy utrzymanie oponenta na łopatkach przez jedną sekundę, sprawia, że w treningu zapaśniczym w zasadzie nieobecne są techniki z pleców, sportowcy skupiają się natomiast na tym, aby na plecy w ogóle nie trafić – czyli na znaczeniu nabiera stójka (sprowadzenia do parteru) i mostowania, będące podstawą przygotowania zapaśniczego. ” Wypaczeń” (cudzysłów celowy, gdyż sama koncepcja „tuszu” jest według mnie bardzo zasadna – o czym w dalszej części tekstu) powodowanych przez możliwość zwyciężenia przez położenie oponenta na łopatki można się dopatrzeć, nie tylko porównując zapasy z nowoczesnym grapplingiem czy BJJ. Nawet porównanie do judo, w którym parter też jest przecież ograniczony i w którym, tak jak w zapasach, wygrać można poprzez położenie rywala na plecy, ukazuje znaczącą różnicę. Wszystko sprowadza się bowiem do tego, że zamiast jednosekundowego trzymania, w judo należy rywala utrzymać na plecach przez sekund dwadzieścia. To daje zawodnikowi będącemu z dołu pewne pole manewru i faktycznie, techniki ucieczki spod przeciwnika w kodokanie występują w bardziej złożonych, a więc i czasochłonnych formach.

Takich aberracji wynikłych z zasad sportowych nie ustrzegły się również style uderzane. Modelowym przykładem jest taekwondo, w którym to, kopnięcia na głowę są najwyżej punktowane (przy jednoczesnym zakazie uderzeń łokciami) sprawia to, iż na zawodach obserwuje się takie „kwiatki”, jak wysokie kopnięcia wykonywane w klinczu – tymczasem w MMA bądź w „realu” walczący uderzyłby łokciem czy barkiem, co zdecydowanie byłoby i prostsze, i bezpieczniejsze. Niwelowałoby bowiem szansę obalenia. Z drugiej strony wyższe punktowanie kopnięć i uderzeń łokciami w muay thai powoduje częstokroć pomijanie walki w półdystansie, i z pełnego dystansu (kopnięcia) przechodzi się od razu do klinczu (łokcie, kolana) ignorując walkę na pięści. I dalej, boks jest bodaj najbardziej jaskrawym przykładem tego, jak zasady odrealniają sporty walki, odzierając je z pierwotnego zastosowania. Hermetyczne reguły pozwalające wyłącznie na uderzenia pięściami w górne partie ciała kompletnie separują ów sport jako pewnego rodzaju sztukę dla sztuki (nie kwestionuję, rzecz jasna, w tym miejscu skuteczności technik bokserskich, ta jest bezsprzeczna), której elementy można co najwyżej przeszczepić do innych dyscyplin. Przykłady można by mnożyć: karate kyokushin z absurdalnym zakazem ataków na głowę, czy kickboxing bez niskich kopnięć itp. itd.

Następnym ważnym kryterium zmieniającym obraz pojedynków są limity czasowe. Wpływają one nie tylko na konieczny do zwycięstwa rozkład sił, ale także faworyzują lub deprecjonują konkretne taktyki. Zawodnik inaczej zawalczy wiedząc, że musi wytrzymać pół godziny, a inaczej mając dwie, trzyminutowe rundy. Z obserwacji pojedynków międzystylowych można wyciągnąć wiele wniosków, jednym z istotniejszych jest jednak ten, że walka ma tendencję do klinczu i dalej – do parteru. Sęk w tym, że zastosowanie technik parterowych wymaga wypracowania poprzedzającego je obalenia, ustabilizowania pozycji i zapięcia oraz wykończenia samej techniki. A na to potrzeba czasu. Krótszy dystans, a zwłaszcza krótsze rundy nobilitują więc fighterów stójkowych, którzy od samego gongu mogą stosować pełny zakres przyswojonych technik i pracować nad zakończeniem (nokaut). To prawidło potwierdzają zasady grapplerskie, które w większości dają sportowcom dłużej powalczyć, by umożliwić im wypracowanie poddania – inaczej każdy pojedynek kończyłby się na punkty. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że najdłuższe starcie zapaśnicze (odbyte w 1912 r. podczas V Igrzysk Olimpijskich w Sztokholmie) trwało aż jedenaście (sic!) godzin!

Zastanawiając się nad tematem, można dojść do wniosku, że dopiero mieszane sztuki walki pozwoliły w obecnych czasach, zbliżyć się do pierwotnego zamysłu przyświecającego powstaniu sztuk walki. Faktycznie tak jest. Ów powrót do starożytnego pankrationu pozwolił na konfrontację wyszkolonych fighterów na (prawie) neutralnej pod względem zasad arenie. Niemniej jednak również i MMA na przestrzeni lat doczekało się kolejnych obostrzeń i z upływem czasu coraz więcej w nim sportu a coraz mniej pierwotnej walki (czy to dobrze, czy źle – temat na inną dysputę). W szeregu reguł znalazły się m.in. zapisy o zakazie stosowania uderzeń łokciami (dziś zniesiony w większości organizacji, obowiązywał niegdyś w PRIDE FC) czy powszechny już zakaz kopania leżącego rywala. Szczególnie ingerujący w walkę jest natomiast zakaz stosowania uderzeń kolanami w parterze. Faworyzuje on bowiem zapaśników stylu wolnego, pozostawiając niedokładne wejścia w nogi bezkarnymi. Pojedynki np. Kevina Randlemana w PRIDE pokazywały dobitnie, że każdy skuteczny odrzut nóg i obrona wejścia w nogi szły w parze z surowym kontratakiem w postaci spadających z góry kolan. Walki Mauricio Ruy ukazywały z kolei różnicę w pracy z pozycji bocznej w przypadku legalności kolan w parterze, są też dowodem bezsensowności stosowanej często przez adeptów BJJ ucieczki w parter poprzez kładzenie się na plecach – swoją drogą, uważam to za pewnego rodzaju inwalidztwo. Przykładów mniejszych bądź większych obostrzeń zmieniających walkę MMA jest zresztą więcej, choćby sama punktacja: 10-point must kontra ocenianie całościowe. Mimo to nadal jest to sport najbliższy pierwotnemu zamysłowi walki jeden na jeden.

Kończąc, chciałem choćby tylko zaznaczyć jeszcze jedną kwestię. To, że zasady w sportach walki odrealniają pojedynek i kształtują jego obraz to jedna rzecz. Inną jest natomiast fakt, że w wielu przypadkach kształtują one również cechy motoryczne (ale i technikę, a nawet taktykę) w tejże „wolnej walce”* pożądane! Wspomniane wcześniej zapasy i występowanie w nich „tuszu” sprawia, że wpajają one zawodnikom odpowiednie nawyki pod walkę czy to w MMA, czy tę „prawdziwą”, gdzie znalezienie się na plecach pod mogącym uderzać i kopać rywalem jest niezbyt rozsądne. W dodatku hermetyczność zasad wymusza odpowiedni trening, przez co jako sport kształtują one jednych z najbardziej wszechstronnych i sprawnych fizycznie sportowców, na co dowodem jest fakt, iż elementy zapaśniczego treningu coraz częściej absorbowane są do innych dyscyplin – nie tylko sportów walki jak judo, ale nawet gier zespołowych (rugby, piłka nożna). Podobnie spojrzeć można na inne, wymienione w artykule dyscypliny. Zasady taekwondo wymuszają na zawodnikach odpowiednią gibkość etc. Są to niewątpliwe pozytywne skutki uboczne wynikłe z wprowadzenia konkretnych rozwiązań punktowych i regulaminowych. Nie wolno o nich zapominać, choć trzeba pamiętać, że wiele (większość?) z obecnych dziś w sportach walki reguł już dawno wyszło poza kwestie dbania o bezpieczeństwo walczących. Częstokroć efekt jest taki, iż można odnieść wrażenie, że rywalizacja bardziej przypomina gry ruchowe o specyficznych zasadach niż walkę w pierwotnym tego słowa znaczeniu.

* – w tekście używam cudzysłowu, pisząc „wolna walka” bądź „realna walka”, bo tak naprawdę trudno jednoznacznie określić, co tą wolną, realną walką jest. Nie sposób stwierdzić, czy pojedynek 1 na 1 jest mniej, czy może bardziej realny niż 2 na 2 lub 3 na 1. Czy walka z bronią jest bardziej realna, czy walka bez broni? Każda z tych sytuacji tak jak i wiele innych może wydarzyć się naprawdę, i każda z nich będzie równie realna.

Jakub Bijan / FightExpert Magazine nr 6

Udostępnij

Comments are closed.