Łukasz „Boom Boom” Pławecki – wywiad

„Zaplanowałem na ten rok przynajmniej jeden duży krok do przodu i oto on – walczę dla największej organizacji kickboxingu na Świecie”

Łukasz „Boom Boom” Pławecki – wywiad

Prawdziwy ringowy zakapior, człowiek, który między linami nigdy nie kalkuluje, zawodnik, trener i prezes klubu Halny Nowy Sącz, fighter walczący dla największych organizacji na Świecie. Przedstawiamy sylwetkę Łukasza „Boom Boom” Pławeckiego. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o nim to czas najwyższy poznać jego osobę, a nazwisko zapamiętać.

 

Zacznijmy od tego, co ostatnio dzieje się w twoim sportowym życiu. Właśnie zapisałeś się w historii polskiego zawodowego K-1, jako drugi zawodnik z Polski (po Pawle Jędrzejczyku), który bije się pod szyldem jednej z najbardziej rozpoznawalnych organizacji na Świecie, czyli Glory. Jakie to uczucie trafić właśnie tam?
Walka dla Glory to wielkie wyróżnienie, biorąc pod uwagę prestiż organizacji i zasięg, jaki generuje. Mimo że walka odbyła się w USA tuż nad ranem, wiem, że wiele osób czekało na nią i specjalnie wstało ze swoich łóżek, aby ją obejrzeć. Zaplanowałem na ten rok przynajmniej jeden duży krok do przodu i oto on – walczę dla największej organizacji kickboxingu na Świecie. Kiedy 10 lat temu pierwszy raz wychodziłem do zawodowej walki, nawet nie myślałem, że to zajdzie tak daleko. Podsumowując – to wspaniałe uczucie, szczególnie kiedy widzę, ile osób mi kibicuje i wspiera mnie w dążeniu do kolejnych sukcesów.

Jak ci się udało nawiązać rozmowy z tą organizacją? Opatrzność, szczęście, splot zdarzeń, czy znajomości?
Rozmowy nawiązałem przez Pawła Jędrzejczyka, który miał już okazję zadebiutować na ringu Glory przede mną, ale także dzięki dużemu wkładowi pracy Łukasza Banacha. Łukasz zarządza kartą walk SuperFightSeries dla gal w Chicago i z jego pomocą walczę tam, gdzie walczę. Pewnie dużo osób powie, że to czyste znajomości. Owszem, znajomości też, ale Glory nie bierze zawodników jedynie za ich osiągnięcia sportowe, pasy czy liczby w rekordzie. Rekord miał w zasadzie najmniejsze znaczenie. Zanim Łukasz w ogóle zdecydował się złożyć moje CV na biurku P. Cora, musiałem poukładać sprawy wizerunkowe jako sportowca. Ponadto Glory nie lubi „niańczyć” zawodników, trzeba umieć o siebie zadbać i cieszyć się z pomocy organizacji, a nie liczyć na załatwienie wszystkiego za nas i podanie na tacy. Nie wspomnę o wizie, którą także robiłem, mając już w planie staranie się o walkę w USA. Znajomości pomogły, ale mogę śmiało powiedzieć, że to zaledwie 50% sukcesu. Pierwszy był plan, w okolicach walki o pas WKN powiedziałem sobie, że w 2017 zawalczę dla Glory. I oto jestem.

Niedawno obchodziłeś trzydzieste urodziny. Można powiedzieć, że im jesteś starszy, tym lepiej dzieje się w twojej sportowej karierze. Propozycje spływają z niemalże każdej strony (KOK, Kunlun, WKN, Glory). Będzie jeszcze lepiej? Jak oceniasz swoje możliwości na 2017 rok?
W 2017 stoczę co najmniej 6-7 walk. Taki mam plan. Zacząłem od końcówki lutego, ale patrząc na moją formę fizyczną, jestem w stanie to zrobić. Współpracuje z profesjonalnym fizjoterapeutą Łukaszem Totą z krakowskiego AWF i wiem, że mam przed sobą jeszcze kilka lat w ringu. Plan na ten rok to około 7 walk, na pewno jedna lub dwie „u siebie” a pozostałe chce toczyć w Europie i na Świecie. W Azji już zaznaczyłem swoją obecność i wiem, że chcą mnie tam ponownie zobaczyć. Może uda się zamknąć rok walką na RIZIN… kto wie.

 

Brązowy medalista mistrzostw Europy K-1 Rules, kilkukrotny zdobywca Pucharu Świata K-1 Rules, wielokrotny mistrz Polski K-1 Rules i Low Kick, zawodowy mistrz Polski, od 2009 roku reprezentant Kadry Narodowej w Kickboxingu K-1 Rules, uczestnik takich gal jak: Glory, Kunlun, KOK, WKN,

 

Na początku tego roku portal madfight24.com przyznał ci tytuł najlepszego zawodnika 2016 roku. Jak czujesz się z tym wyróżnieniem? Uważasz, że słusznie je otrzymałeś?
Portal zaznaczał w rankingach (w którym też jestem na pierwszym miejscu), że bierze pod uwagę tylko starty zawodowe. Tak samo wygląda sytuacja w rankingu kobiet, w którym ty jesteś pierwsza. Na pewno jest wielu zawodników w Polsce, którzy w 2016 roku stoczyli więcej walk zawodowych i amatorskich niż ja i którzy nie przegrali ani jednej walki. Ja przegrałem 2 z 8. Czy to dużo, nie wiem? W uzasadnieniu czytałem, że chodzi o to, z kim i gdzie się walczyło. Faktycznie, ja walczyłem na dużych galach – Kunlun, dwa razy KOK i MFC. Jeśli redakcja uważała, że zasłużenie, to na pewno tak było.

Gdybyś musiał wybrać innego polskiego kickboxera, który miałby dzierżyć zdobyty przez ciebie tytuł (najlepszego zawodnika roku 2016), to byłby nim?
Śledzę polski kickboxing i szczerze mówiąc, to nie wiem, komu miałbym taki laur przyznać. Paweł Jędrzejczyk walczył 3 razy, wygrał 2, ale porażkę odniósł w „lidze mistrzów”, więc jeśli miałbym wybierać, to jemu właśnie bym go przyznał.

Swoją przygodę z kickboxingiem zaczynałeś kilkanaście lat temu pod okiem trenera Andrzeja Śliwy. Wiem, że zadam teraz jedno z pytań, które zawodnicy niekoniecznie lubią, bo pada ono zdecydowanie zbyt często, ale… Pochwal się, jak to było z tobą? W jaki sposób zacząłeś trenować kickboxing i jak wyglądała twoja kariera na przestrzeni lat?
W ostatnich latach skupiam się na swojej zawodowej karierze. Od 10 lat jestem na zawodowych ringach, przez chwilę łączyłem to ze startami amatorskimi, ale teraz już skupiam się tylko na tym. Kiedy zaczynałem trenować, chciałem się po prostu bić, lubiłem to, a kiedy zaczęło wychodzić i przynosić medale po prostu to kontynuowałem. Kiedy pierwszy raz stanąłem na zawodowym ringu, było to dla mnie ogromne wyróżnienie, że to właśnie ja zostałem wyznaczony przez trenera. Teraz trochę się pozmieniało, zawodnicy patrzą najpierw na pieniądze, jakie dostaną za walkę i dochodzi do kuriozalnych sytuacji gdzie chłopaki z jedną, czy dwiema walkami stawiają zaporowe warunki, jeśli ktoś szuka zawodnika. Nie twierdzę, że należy się bić za darmo, ale trzeba mieć liczbę w rekordzie i nazwisko, by wołać o większe gaże. Mnie na szczęście się udało i teraz walczę za godziwe pieniądze. Cieszę się z tego, jak potoczyła się moja kariera, nawet jeśli przegrywałem po kilka walk z rzędu, to zawsze jakoś wracałem na prawidłowe tory.

Byłeś zawodnikiem Kadry Narodowej, startowałeś kilkukrotnie w imprezach rangi Mistrzostw Europy czy Świata. Dlaczego odpuściłeś starty amatorskie?
Moim zdaniem nie da się walczyć na wysokim poziomie jednocześnie zawodowo i amatorsko. To są dwa inne światy. Poza tym ciągle słyszy się o zawodnikach, którzy odpuścili dobre walki zawodowe z powodu startów na Mistrzostwach Świata lub Europy. Pewnie sam bym tak zrobił, więc musiałem wybrać. Dziesięć lat walczyłem amatorsko. 128 walk to dużo. Wystarczająco. Na wschodzie, Kulebin czy Valent nie walczą amatorsko, bo to lubią tylko dlatego, że są do tego zobowiązani przez władze, które pomagają im się rozwijać sportowo. U nas nie ma takiej pomocy, same stypendia to za mało. Wracając do rankingu portalu Madfight24 – jest tam wielu świetnych zawodników, którzy raz za razem zdobywają tytuły Mistrza Polski, Europy czy Świata, a nie są w czołówce. Nie neguje, że amatorsko walczyć to ogromne wyzwanie i wysiłek, bo sam tego zaznałem. To są po prostu dwie różne dyscypliny, których na pewnym poziomie nie da się łączyć.

Więc już raczej cud się nie wydarzy i nie zobaczymy cię na amatorskim ringu?
Definitywnie z tym skończyłem. Nie umiałbym w tej chwili nawet walczyć tak, jak walczyłem kiedyś „na punkty”.

A co z twoimi zawodnikami? Wiemy z oficjalnych źródeł, że „odpuściliście” starty amatorskie. Dlaczego?
Chcę prowadzić klub według mojego schematu, trochę odbiegając od tego, co się utarło w Polsce. W naszym kraju i w wielu innych zresztą też jest taki model, że zawodnik zaczyna walki zawodowe, kiedy dobrze radzi sobie w amatorskich. To jest ok, ale w jednej z poprzednich odpowiedzi wspominałem, że często to się miesza. W Holandii, Niemczech czy nawet Belgii są „klasy” i to się sprawdza. Kilka pierwszych startów w „C klasie” to starty amatorskie, na małych zawodach i galach, ale jak zawodnik stoczy około 5 walk w kasku, już nikt nie pozwoli mu, dalej walczyć w kasku. Wtedy zaczyna się epizod z „pro-am”. Jeśli i tu stoczy kilka walk następne oficjalne walki może toczyć już tylko w formułach „pro”. Razem z klubem organizujemy Euroligę HFO, na której zawodnicy mojego klubu mogą walczyć ze Słowakami, Czechami i Polakami. Uważam, że mocne sparingi w klubie plus takie ligi i odwiedzanie innych klubów jest wystarczającym przygotowaniem do startów zawodowych, na których chce się skupiać. Nie chcę uczyć nikogo jak wygrywać na punkty, bo to się często nie sprawdza na zawodowych ringach.

Kiedy planujesz przejść na sportową emeryturę?
Nie myślę o tym. Na razie skupiam się na tym, jak długo będę w stanie trenować na wysokich obrotach, tak jak robię to teraz. Z rozmów z moim fizjoterapeutą wynika, że około dziesięciu lat, więc do czterdziestki z ringu pewnie nie zejdę. Oczywiście, jeśli zdrowie pozwoli. Kontuzji nie da się przewidzieć.

Jaką osobą jest Łukasz „Boom Boom” Pławecki, prywatnie?
Jestem spokojnym człowiekiem. Lubię, po dobrym i mocnym treningu, położyć się wygodnie na kanapie, pomyśleć o rozwijaniu klubu lub po prostu poczytać książkę. Jestem sentymentalny, lojalny i zdyscyplinowany. Ciężko mi mówić o „Łukaszu prywatnie” pomijając kontekst sportowy, bo jestem praktycznie ciągle w treningu. Więc prywatnie to ciężko trenuje.

Skąd w ogóle ksywka „Boom Boom”?
Trener Andrzej Śliwa dał mi tę ksywę po pierwszym sparingu, nie widziałem jak się sparuje, po prostu szedłem do przodu i biłem cały czas. To była ksywa ringowa jednego ze znanych bokserów poprzedniego wieku.

Czego boi się nieustraszony fighter i miłośnik tatuaży z Nowego Sącza? Nie pytam tutaj o walkę, bo na tyle na ile cię znam, wiem, że mógłbyś walczyć z każdym. Chodzi mi raczej o życie.
Boje się kontuzji. Jeśli będę nadal się ich wystrzegał, to nic innego nie jest w stanie wzbudzić we mnie lęku.

Wiem, że otaczasz się wieloma wspaniałymi ludźmi, którzy cię kochają i wspierają, jak tylko mogą, dlatego teraz zostawiam ci miejsce na to, aby podziękować im za to, że są obok ciebie.
Dziękuje sponsorom, bo dzięki nim mogę rozwijać się sportowo, mając spokojną głowę. Dziękuję też całemu klubowi i moim bliskim, którzy są ze mną niezależnie od werdyktu czy „fazy” robienia wagi.

Dziękuję ci za rozmowę i oczywiście życzę już samych sukcesów w 2017 roku.
Ja również dziękuję. Pozdrawiam wszystkich czytelników i kibiców sportów walki. Dobrze, że jesteście, bo dzięki temu mamy dla kogo pokonywać kolejne bariery.

 

Iwona Nieroda / FightExpert Magazine nr 6

Udostępnij

Comments are closed.