Pride Never Die

Pride Never Die

Przeglądając fora internetowe poświęcone mieszanym sztukom walki, można natrafić na frazę składającą się z trzech słów: „Pride Never Die” i chociaż japońska organizacja Pride Fighting Championships zakończyła swoją działalność dekadę temu w okolicznościach mafijnego skandalu, to wielu fanów MMA wciąż wspomina dorobek tej organizacji. Nic w tym dziwnego, gdyż dzięki swoim śmiałym i nowatorskim pomysłom Pride FC odcisnęło ślad w historii MMA.

Wszystko zaczęło się blisko 20 lat temu – 11 listopada 1997 roku w Tokyo Dome zasiadło niemal 48 tysięcy widzów. Fani sportów walki zgromadzili się, by obejrzeć starcie rodzimej gwiazdy shootwrestlingu Nobuhiko Takady z dwukrotnym tryumfatorem turnieju Vale Tudo Japan – Ricksonem Gracie. Pojedynek był urzeczywistnieniem fanowskich marzeń, jak również dowodem na to, że Pride FC będzie dążyło do realizacji nawet najbardziej szalonych ambicji. Była to pierwsza w historii MMA walka z udziałem powszechnie rozpoznawalnego nazwiska, która przyciągnęła uwagę mediów oraz tzw. przeciętnego kibica.
Wspominając pierwszą galę Pride FC, nie można pominąć innych, istotnych składników niepowtarzalnej atmosfery gal japońskiej organizacji – oprawy i unikatowych zasad prowadzenia pojedynku. O ile w kwestii zasad toczenia pojedynków świat MMA objął zupełnie inny kierunek, to pod względem oprawy Pride po dziś dzień jest niedoścignionym wzorem.

Japończycy uwielbiają widowiskowość, a sporty walki są tego znakomitym przykładem. Pride Fighting Championship dorównało, a w oczach niektórych nawet prześcignęło, na tym polu mocnych rywali, a mianowicie dwie największe federacje Puroresu (tamtejsze określenie pro wrestlingu) – NJPW i AJPW, a także innego wielkiego gracza na rynku sportów walki w tamtym czasie, organizację K-1. Trzeba pamiętać o tym, że japońscy fani sportów walki wkładali do jednego worka Puroresu, MMA i K-1 więc porównania między poszczególnymi federacjami, były nieuniknione i tym większy podziw budzą dokonania Pride w tej dziedzinie.

Wszystkie gale Pride FC zaczynały się od ceremonii otwarcia, która za każdym razem różniła się od poprzedniej. Występ chóru, fajerwerki, gra na bębnach w wykonaniu Nobuhiko Takady, zapalenie znicza olimpijskiego, a nawet skok ze spadochronem – to tylko kilka z pomysłów organizatorów na rozpalenie zgromadzonej w hali publiczności. Z takim samym zaangażowaniem i pomysłowością Pride podeszło do oprawy wejść zawodników do ringu. Każda z „wejściówek” robiła wrażenie z racji świetnie dopasowanych efektów świetlnych i kreatywności samych zawodników. Niezaprzeczalnym geniuszem był tutaj Kazushi Sakuraba, który za każdym razem potrafił zaskoczyć fanów, nawiązując swoimi wejściami do Puroresu, Anime lub zwyczajnie rozbawiając widzów w inny wyszukany sposób. Dodatkowo każdego z zawodników do ringu odprowadzał krzykliwy głos Lenne Hardta.

Kolejnym znakiem rozpoznawczym japońskiej organizacji stały się unikatowe materiały filmowe poprzedzające każdy pojedynek. O ile zachodni widz przyzwyczajony był do prostych i robionych na jedną modłę wywiadów, w których uczestnicy wypowiadali się zdawkowo na temat przeciwnika, tak materiały Pride można śmiało uznać za małe arcydzieła sztuki filmowej. Pomysłowość i sposób ich realizacji powodowały, że widz miał wrażenie, że zaraz do ringu wejdą nie profesjonalni zawodnicy sztuk walki, a postacie z Anime (japońskiej animacji). Niestety, widzowie spoza Japonii musieli zadowolić się materiałami dostosowanymi do tamtejszych standardów, które obdarto z azjatyckiego polotu.

Pride FC to również niezapomniane turnieje Grand Prix i chociaż tego typu zawody organizowała już organizacja K-1, a w 1999 roku na grunt MMA przeniosła organizacja Fighting Network Rings, to jednak te zorganizowane pod szyldem Pride Fighting Championship mogły poszczycić się najlepszą obsadą. W turniejowej drabince premierowego Grand Prix wagi ciężkiej z 2000 roku można było znaleźć największe ówcześnie nazwiska mieszanych sztuk walki, m.in. Marka Colemana, Royce’a Graciego, Marka Kerra, Guya Mezgera, a w walce rezerwowej – Wanderleia Silvę. Turniej, którego zwycięzcą został mistrz UFC wagi ciężkiej Mark Coleman, okazał się sporym sukcesem i począwszy od 2003 roku następne edycje GP organizowano już corocznie.

Jednak najważniejszą galą w historii organizacji, a także jedną z najważniejszych w historii MMA w ogóle, było zorganizowanie we współpracy z K-1 gali Dynamite/Shockwave. Według organizatorów, 28 sierpnia 2002 roku na tokijskim stadionie olimpijskim zasiadło blisko 92 tysiące widzów (według innych źródeł było ich o 20 tysięcy mniej). O ile samo Pride radziło sobie świetnie z zapełnianiem takich obiektów jak Saitama Super Arena, a organizacja K-1 przy okazji swego GP wyprzedawała stadion baseballowy Tokyo Dome, to dopiero połączenie sił pozwoliło na wypełnienie obiektu takiego formatu, jakim jest stadiom olimpijski. Sama oprawa również była godna Igrzysk Olimpijskich, senior pierwszej rodziny BJJ, Helio Gracie zapalił olimpijski znicz, a legenda Puroresu Antonio Inoki skoczył ze spadochronem, by wylądować na płycie stadionu. Karta walk składała się głównie ze starć pomiędzy zawodnikami obu federacji i nie sposób tutaj nie wymienić takich zestawień jak: Antonio Roderigo Nogueira vs Bob Sapp, Don Frye vs Jerolme Le Banner czy Mirko Filipovic vs Kazushi Sakuraba. Nietuzinkową atrakcją tego wydarzenia była kontynuacja japońsko–brazylijskiej rywalizacji w sportach chwytanych w postaci grapplerskiego pojedynku z udziałem Royce’a Graciego oraz złotego medalisty w judo igrzysk olimpijskich w Barcelonie, Hidehiko Yoshidy. Dynamite/Shockwave to wyjątkowy w historii MMA przykład współpracy między dwiema dużymi federacjami. To samo tyczy się samej organizacji gali sportów walki na stadionie. Rozmach i trudności związane z tego typu wydarzeniem są przeszkodą dla zdecydowanej większości federacji na świecie, a podobnym osiągnięciem (prócz wspomnianych Pride oraz K-1) mogą pochwalić się wyłącznie UFC i nasze rodzime KSW.

Pride FC nie organizowało wyłącznie dużych gal, będących świętem mieszanych sztuk walki, lecz starało się również dotrzeć do większego grona odbiorców spoza świata sportów walki. Stąd też pomysł wyprodukowania własnego programu telewizyjnego. Jesienią 2000 roku widzowie stacji Toyo TV mogli obejrzeć premierowy odcinek serii Pre Pride. Założenia były proste – grupa zawodników z całego kraju przez 2 miesiące trenowała pod okiem zawodników federacji. Po zakończeniu okresu treningowego ósemka wyselekcjonowanych zawodników walczyła w turnieju o miano zwycięzcy programu i kontrakt z organizacją. Trenerami w pierwszej odsłonie byli: Masaaki Satake, Daijiro Matsui, Akira Shoji i Alexander Otsuka. Finałowy turniej odbył się w jednym z nocnych klubów w tokijskiej dzielnicy Shibuya, bez udziału publiczności. Zwycięzcą został Sokun Koh, który następnie stoczył 3 walki poza organizacją, by dopiero w 2002 roku zadebiutować w Pride FC na premierowej gali z cyklu The Best of MMA. Zrealizowano jeszcze cztery sezony programu, który zmienił nazwę na Pride King, a wśród jego uczestników znalazł się, chociażby Yushin Okami. Pride FC wyprzedziło UFC i pierwszy sezon TUF o blisko 4 lata.

Wspomniane przed chwilą Pride FC: Best of MMA miało swoją premierę w 2002 roku na kanale Samurar TV i odchodziło od formuły reality show. Tym razem była to pełnoprawna gala MMA w założeniach mająca wypromować mniej znanych w Japonii zawodników. Gale „Best of” zapadły fanom w pamięci z dwóch powodów: debiut Allistaira Overeema oraz mały eksperyment polegający na zastosowaniu ośmiokątnego ringu. Tak, Pride FC rozważało możliwość zamiany zwykłego ringu na oktagon z powodu ciągle rosnącej popularności UFC.

Motyw promocji mniej znanych zawodników przejął zapoczątkowany pod koniec następnego roku cykl gal Bushido. Już w fazie początkowej przeszedł on drastyczne zmiany. Początkowo miał się on nazywać Pride Survivor lub Pride Tokyo Outsiders i pełnić rolę rezerwowej ligi, do której mieliby trafić gorzej radzący sobie zawodnicy. Najlepsi mieli otrzymywać szansę powrotu na numerowane gale, a przegrani mieli na dobre pożegnać się z organizacją. Szybko porzucono ten pomysł, gdyż słusznie sądzono, iż fani nie będą zainteresowani walkami z udziałem zawodników z gorszym bilansem walk. Ostatecznie wybrano znaną wszystkim nazwę i powrócono do idei promowania mniej rozpoznawalnych nazwisk oraz testowania nowych pomysłów.

Podczas pierwszych gal fani mieli okazje zapoznać się z drużynowym podejściem do MMA, gdzie o wyniku rywalizacji pomiędzy dwoma zespołami decydowały rezultaty poszczególnych starć. Jednak MMA z racji swojego charakteru to sport indywidualny i równie szybko odstąpiono od takiego modelu gali. Dopiero siódma odsłona Bushido mogła liczyć na szersze zainteresowanie fanów, a to za sprawą wyeksponowania lżejszych kategorii wagowych. To właśnie na galach Bushido szersza publiczność miała okazje poznać Akihiro Gomiego, Tetsuye Kawajiriego, czy Ryo Chonana. I ponownie Pride wyprzedziło UFC, które zrealizowało podobny pomysł dopiero w 2007 roku za sprawą nowego wcielenia World Extreme Cagefighting.

Wielu zawodników przeróżnych sportów walki próbowało swoich sił w białym ringu organizacji Pride. Prócz wspomnianych już Takady i Yoshidy warto wymienić też znanych wrestlerów: Kazuyukiego Fujite oraz Nagoyę Ogawę, czy też naszego złotego medalistę w judo, Pawła Nastulę. Aspiracje włodarzy japońskiej federacji nie znały jednak żadnych granic i starali się oni ściągnąć nawet najbardziej znane nazwiska.
Już od pierwszej gali mówiło się o zakontraktowaniu Evandera Holyfielda. To właśnie czarnoskóry pięściarz miał być odpowiedzią Pride na walkę Akebono w trakcie sylwestrowej gali K-1 Premium Dynamite w 2003 roku. Jednak wszelkie starania zakontraktowania amerykańskiego pięściarza zakończyły się na poziomie rozmów. Podobnie sprawa miała się z Roy’em Jonesem Juniorem. Nie ostudziło to jednak bokserskiego zapału szefów Pride, którym pod koniec 2006 roku niemal udało się zorganizować walkę Gomiego z ówczesnym mistrzem WBC wagi super muszej – Masamorim Tokuyamą. Pojedynek miał odbyć się na zasadach bokserskich, lecz interwencja ze strony WBC i groźba zwakowania pasa, powstrzymały Tokuyamę przed podpisaniem stosownego kontraktu.

Udało się za to podpisać umowę z Mikiem Tysonem. Już w 2003 roku „Bestia” miał walczyć z Bobem Sappem na gali K-1, jednak kryminalna przeszłość pięściarza przekreśliła wszelkie szanse na otrzymanie wizy. Nobouyuki Sakakibara przyjął zatem inną strategię, którą można by określić dwoma słowami: „światowe tourne”. Pride FC miało zorganizować cykl gal w różnych częściach globu, zaczynając od USA, przez Europę Zachodnią i Moskwę, na Makao i Hongkongu kończąc. Na każdej gali Tyson miałby walczyć z jedną z czołowych gwiazd federacji w pojedynku opartym na zasadach zbliżonych do tych z boksu. Co więcej, sam pięściarz pojawił się w sierpniu 2006 roku w Los Angeles na konferencji prasowej promującej galę Pride 32. Wtedy to, za jej kulisami miał zostać podpisany stosowny kontrakt. Niestety Mike nie pojawił się w październiku w Las Vegas, co ostatecznie zakończyło jego styczność z Pride i położyło kres światowej trasie oraz zwiększyło jego i tak spore już wtedy zadłużenie.

Na opisanie całości dorobku Pride FC potrzeba by kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset stron. Dlatego w powyższym tekście postanowiłem skupić się wyłącznie na rozmiarze aspiracji oraz ambicji ludzi stojących za federacją Pride FC. Włodarze japońskiej federacji nie bali się mierzyć naprawdę wysoko i realizować najbardziej śmiałych i nowatorskich pomysłów. Dzięki temu każda gala była wielkim wydarzeniem niosącym ze sobą obietnicę niezapomnianych wrażeń. Czy to wielkie turnieje Grand Prix, czy pojedyncze „freak fighty” – to wszystko było i wciąż jest warte obejrzenia i fani MMA dobrze o tym wiedzą, do dziś wypisując gdzieniegdzie „Pride never die”.

 

Jacek Okniński / FightExpert Magazine 7

Udostępnij

Comments are closed.