W którym kierunku zmierza UFC?

W którym kierunku zmierza UFC?

Kiedy w ubiegłym roku Ultimate Fighting Championship zmieniło właściciela, spekulacjom na temat ewentualnych fluktuacji w rozwoju organizacji nie było końca. Nie było w tym oczywiście niczego dziwnego, wszak oczywistym jest, że jeśli jakaś korporacja przeznacza na zakup marki cztery miliardy dolarów, to musi mieć ona w gotowości plan mający sprawić, że inwestycja zacznie się zwracać możliwie szybko. Korekty w zarządzaniu UFC były więc pewne, nie było natomiast wiadomym, jak duże one będę. Przez pierwsze miesiące kierowana przez Ariego Emanuela firma zdawała się tkwić w zawieszeniu, dokonano zwolnień w kadrach, kilku znanych dyrektorów dostało wypowiedzenia, lecz w zasadzie nie stało się nic, co byłoby czymś istotnym dla końcowego odbiorcy. Nic, co wskazywałoby, że UFC jakoś znacząco zmieni sposób promowania mieszanych sztuk walki. Ot, zwyczajowe zastąpienie części pracowników innymi, zaufanymi. Dopiero kiedy w sierpniu światło dzienne ujrzała informacja, że z organizacją po przeszło dwudziestu latach pożegna się główny matchmaker – Joe Silva, wątpliwości dotyczące drogi obranej przez WME-IMG zaczęły się krystalizować.

Rzecz jasna Silva nie został zwolniony. Odszedł na własną prośbę, wykorzystując tę niezależną od siebie zmianę pracodawcy jako swoisty pretekst do przejścia na emeryturę. Jego obowiązki przejął Sean Shelby, który do tej pory zajmował się żeńskimi dywizjami oraz kategoriami poniżej 155 funtów. Miejsce Shelby’ego zajął zaś Mick Maynard, były prezydent organizacji Legacy FC. Silva był jednak kluczową dla organizacji postacią i informacja o jego odejściu wywołała lawinę komentarzy i spekulacji. To on wyznaczył bowiem UFC kurs i pilnował azymutu, by mimo okazjonalnych zawirowań potentat branży MMA nie oddalił się zbytnio od obranej drogi. To dzięki Joe Silvie UFC funkcjonowało na zasadzie sportowej ligi, w której wygrywanie kolejnych walk miało być dla zawodników priorytetem i które to prędzej czy później miało doprowadzić każdego z nich do walki o tytuł. Z perspektywy kilku miesięcy po jego odejściu możemy stopniowo zauważyć, że ta żelazna (choć niepisana) zasada coraz częściej zaczyna być marginalizowana i do zestawień największej organizacji świata raz za razem zaczyna wdzierać się polityka, a krótkoterminowy – żeby nie powiedzieć krótkowzroczny – zysk bywa przedkładany nad ten możliwy do osiągnięcia w dłuższej perspektywie.

Omawiając temat, trzeba jednak zaznaczyć, że Ultimate Fighting Championship nie zawsze budowało kolejne rozpiski według wzoru wyłożonego przez Silvę. Również „za jego czasów” zdarzały się mniej lub bardziej nietypowe zestawienia i twierdzenie, że sytuacja zmieniła się dopiero po jego odejściu, byłoby nieuczciwym. Wszak ostrożny matchmaking, jakim organizacja prowadziła Conora McGregora czy też jego późniejsze, niezbyt logiczne pojedynki z Natem Diazem są jednym z przykładów naginania zawodniczej drabinki do potrzeb chwili. Odnoszę jednak wrażenie, że w ostatnich miesiącach ilość nietypowych i trudnych do uzasadnienia (poza aspektem finansowym, oczywiście) match-upów wzrasta. Do takiego stanu rzeczy przyczynił się w dużej mierze sukces wspomnianego wyżej McGregora, lecz ulgowe traktowanie miał także Brock Lesnar, który otrzymał walkę o pas wagi ciężkiej, mając bilans w organizacji na poziomie 1-1 (inna rzecz, że zdobywając tytuł, udowodnił swą wartość). Gdzieś na horyzoncie majaczył także „CM Punk” i pewnie znalazłoby się jeszcze kilku innych fighterów będących na uprzywilejowanej pozycji.

Nie o samo uprzywilejowanie jednak chodzi. Specjalną pozycję McGregora, czy wcześniej – Lesnara, można zrozumieć. Przyczynili się bądź przyczyniają się oni do gigantycznych zysków organizacji, wprowadzając ją na kolejne poziomy popularności. To coś, czym niejako bilansują odejście od rankingowego modelu zestawiania walk (np. zablokowanie wagi piórkowej na wiele miesięcy). Problem pojawia się, kiedy niefortunne zestawienia nie do końca jesteśmy w stanie uzasadnić wynikami finansowymi. Tak było na przykład podczas UFC 204 w Manchesterze, gdzie naprzeciw nowego mistrza wagi średniej, Michaela Bispinga, stanął będący jedną nogą na emeryturze weteran organizacji – Dan Henderson. Nie twierdzę w tym momencie, że pojawienie się Hendersona w walce wieczoru nie wpłynęło pozytywnie na sprzedaż biletów, stawiam natomiast zapytanie, czy walka Bisping vs. Henderson aż tak różniłaby się pod względem oglądalności od pojedynku Bisping vs. naturalny pretendent? Wydaje mi się, że zestawiając owo starcie, kierowano się przeświadczeniem, że mający ujemny w pięciu ostatnich walkach bilans (2-3) Henderson będzie dla Bispinga łatwiejszym rywalem niż chociażby Yoel Romero. A Bisping na szczycie wagi średniej to przecież dobra prasa na Wyspach Brytyjskich oraz… perspektywa przystępnej walki dla Georgesa St. Pierre’a w jego powrocie.

Tu dochodzimy do kolejnego punktu, w którym UFC zbacza z kursu wyznaczonego przez Joe Silvę. O powrocie „GSP” mówi się od wielu lat, pierwsze plotki na ten temat pojawiały się w zasadzie już kilka miesięcy po jego przejściu na emeryturę w 2013 roku. To, że Kanadyjczyk wraca do MMA, nie jest niczym złym. Georges ma trzydzieści pięć lat, a w tym wieku wielu zawodników osiąga dopiero szczyt formy. Problem w tym, że jego potencjalny powrót nie powinien blokować dywizji na wiele miesięcy – a tak się niestety dzieje. Na domiar złego powrót St. Pierre’a zablokował dywizję średnią, która to przecież nie jest jego naturalną kategorią, ba! – Kanadyjczyk nigdy nawet w niej nie walczył i trudno cokolwiek powiedzieć na temat tego, jak będzie się w niej czuł. Jaki jest więc sens takiego ruchu, jeśli nie polityka mająca w możliwie szybkim tempie umieścić na biodrach „GSP” pas mistrzowski (jakiejkolwiek kategorii wagowej)? I czy nie jest to, aby gra obliczona na hipotetyczną super walkę dwóch mistrzów: McGregora i St. Pierre’a, co mogłoby być trudne do zrealizowania, gdyby Georges musiał powrócić do oktagonu w swojej naturalnej kategorii, gdzie czekałby na niego Tyron Woodley bądź Stephen Thompson. Są to, naturalnie, wyłącznie spekulacje niepoparte niczym innym aniżeli intuicją, lecz nie wydają mi się one zbytnio przesadzone. Od dłuższego czasu wiadomo, że UFC będzie mieć trudność z monetyzacją McGregora, który żąda tylko i wyłącznie tzw. „money fights”, a o te w organizacji coraz trudniej, tym bardziej teraz, kiedy Irlandczyk coraz głośniej domaga się walki bokserskiej z Floydem Mayweatherem.

Tu leży według mnie główne niebezpieczeństwo. Pokusa układania drabinek pretendentów w taki sposób, aby doprowadzić do określonej, kasowej konfrontacji za kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy. Jednorazowe „skoki na kasę” (jak w przypadku pojedynku McGregor-Diaz) mogą bowiem budzić pewien niesmak i wątpliwości, lecz w ostatecznym rozrachunku można na takie zestawienia przymknąć oko i traktować je jako zło konieczne. W zasadzie część z nich może być nawet zwyczajnie atrakcyjna i sensowna ze sportowego punktu widzenia. Sytuacja wygląda inaczej, kiedy celem matchmakingu nie jest już wyłonienie lepszego zawodnika z danej pary a przepchnięcie jednego z nich (i drugiego równoległym torem) po to, aby stworzyć pozory sensowności innego match-upu za kilka miesięcy. Taka polityka kruszy podstawy funkcjonowania organizacji. O ile bowiem Dana White cały czas powtarza, że UFC to show-biznes, często z naciskiem na biznes (co nie jest niczym złym) to ani on, ani Ari Emanuel nie może uciec od faktu, że fundamentem MMA jest konfrontacja zawodników w celu wyłonienia tego najlepszego. Fundamentem cały czas jest sport, nawet jeśli proporcje pomiędzy nim a show są płynne. Jeśli zatem WME-IMG odejdzie od polityki wyłaniania najlepszych, a zacznie wyłaniać tych najbardziej popularnych, ich organizacja bardzo szybko może przestać być traktowana poważnie zarówno przez zawodników, jak i kibiców.

Naturalnie trudno jest stwierdzić, czy taki zwrot w UFC nastąpił i czy nastąpi w ogóle. Na razie można zaobserwować kilka alarmujących symptomów, lecz nic nie jest przesądzone. Równie dobrze może się okazać, że jest to po prostu mniej lub bardziej szczęśliwy splot kilku czynników (wywalczenie tytułu przez Bispinga, powrót „GSP”, walka McGregor-Mayweather na horyzoncie), któremu włodarze organizacji nie mogli się oprzeć i kurs organizacji niebawem powróci do tego wyznaczonego przez byłego matchmakera. Warto jednak mieć na uwadze potencjalne możliwości i konsekwencje, jakie mogą przynieść.

 

Jakub Bijan / FightExpert Magazine nr 7

Udostępnij

Comments are closed.