Floyd, why?

Floyd, why?

Floyd Mayweather to człowiek pełen sprzeczności. Ogromny kontrast pomiędzy tym, co związane jest w jego życiu z zawodem pięściarza, a całą resztą, powoduje niemałą trudność w precyzyjnym zdefiniowaniu tego, kim tak naprawdę jest pogromca Pacquiao i Alvareza. Czy jest on do przesady profesjonalnym atletą, dla którego trening jest absolutną świętością? Czy jest wyrachowanym biznesmenem skupionym na mnożeniu zysków lub ekstrawaganckim celebrytą, uwielbiającym epatować swoim bogactwem? A może każdą z tych osób? … a może jeszcze kimś innym?

O sportowej wyjątkowości Mayweathera poza nieskazitelnym rekordem i wieloma pasami prestiżowych organizacji, stanowi przede wszystkim osobliwy styl walki. Amerykanin w repertuale pięściarskich umiejętności nie ma pewnego, nokautującego ciosu, a swój ringowy geniusz opiera na defensywie. „Money” posiada wprawdzie ponad pięćdziesiąt procent starć rozstrzygniętych przed czasem, ale są to jednak w zdecydowanej większości triumfy z początku zawodowej kariery, kiedy w łatwy sposób pokonywał wyraźnie słabszych konkurentów. Poprzez doskonałą obronę w walce potrafi zupełnie wyeliminować ofensywne atuty rywala i zdominować obraz pojedynku. Akcje obronne takie jak: wysoko uniesiony łokieć, sprytne skręcanie ramienia, ciosy bite zza podwójnej gardy czy ucieczki spod lin na zawsze pozostaną jego bokserskim dziedzictwem.
Jednak kibice, niebędący bokserskimi fachowcami, najbardziej cenią wyrównane i momentami brutalne batalie ringowe, podczas których leje się krew, a oponenci padają na deski. Mayweather takich walk nie daje. Tylko sporadycznie da się podczas walk Floyda odczuć emocje typowe dla tak podniosłych wydarzeń. Ledwie kilka sekund zajęłoby policzenie gal z udziałem brązowego medalisty Igrzysk Olimpijskich w Atlancie, po których widzowie opuszczali halę usatysfakcjonowani poziomem sportowej rywalizacji. Od lat pojawiają się opinie, że potyczki z udziałem FMJ szkodzą wizerunkowi boksu zawodowego, gdyż nie zapewniają podsycanych przez machinę promocyjną oczekiwań. Nie brakuje też głosów, iż „Money” byłby bez szans w starciu z bohaterami złotej ery boksu zawodowego drugiej połowy XX wieku. Na czym miałaby polegać ich przewaga nad niepokonanym od 1996 roku Floydem? Nie wypuszczali oni przeciwników spod lin, nie nabierali się na wymijające ruchy i taktykę „uderz i odskocz”, a przede wszystkim oni przez cały pojedynek jednak dążyli do kontaktu z oponentem. Mayweather zdaniem krytyków powinien po prostu kogoś dotkliwie zbić w ważnej walce, by udowodnić swoją wielkość. Według byłego posiadacza pasa w kategorii junior półśredniej i eksperta telewizyjnego Paula Malignaggi, zwykli sympatycy boksu nie rozumieją naukowej części bokserskiego stylu Mayweathera. Co ciekawe, ten sam Malignaggi pomaga dziś Conorowi McGregorowi przygotować się do walki z mistrzem.

Mimo wszystko warto spojrzeć na sprawę z drugiej strony. Co sprawia w takim razie, że tak „nudny” pięściarz został niekwestionowanym finansowym królem świata boksu? Nawet krytykując Amerykanina, nie sposób nie zauważyć, że pod kątem sportowym jego kariera została poprowadzona modelowo i przez dekady będzie stanowić wyznacznik idealnego zarządzania możliwościami reprezentanta sportów walki. Choć boksuje bezpiecznie i skupia się na unikaniu ciosów, ma pełną świadomość skuteczności, jaką odznacza się jego styl. Po dwudziestu latach na zawodowych ringach po prostu chce wygrywać w zgodzie z własną, wypracowaną sumiennie filozofią. Spora w tym zasługa pozycji i promotorskich zdolności pięściarza, który może sobie pozwolić na dobieranie najbardziej odpowiednich przeciwników.

Wchodząc na sportowy szczyt, Mayweather zorientował się, że nie musi być jedynie najlepszym pięściarzem na świecie, bez podziału na kategorie wagowe. Jego doradcy uświadomili go, że równie dobrze sprawdzi się w roli najlepszego szefa działu sprzedaży i marketingu, jakiego znał boks zawodowy, a może nawet sport w ogóle. Stworzył system, który rozbił finansowy bank. Dysponując kartą przetargową w postaci ogromnej wartości sportowej, ekonomicznej i medialnej Mayweather założył własną firmę promotorską i ustanowił nowy model współpracy boksera z pozostałymi organami zarządzającymi sportowymi widowiskami. Opiera się on na czerpaniu korzyści finansowych przez firmę pięściarza z niemal każdego aspektu promowanej przez siebie gali. Mayweather Promotions organizuje całe wydarzenie, opłacając halę, obsługę, a nawet gażę rywala. Zysk, jaki „Money” czerpie z wykupionych transmisji pay-per-view, biletów, oraz praw do sprzedaży transmisji poza granice USA i pokazywanych powtórek, pozwalają mu zarabiać za każdym razem zawrotne sumy. Pięściarz nie tylko nie musi dzielić się swoim wynagrodzeniem z promotorem, ale sam dyktuje też warunki współpracy ze stacją telewizyjną. Pozwala mu to na zachowywanie pełnej niezależności. Działalność Amerykanina i jego współpracowników to w dobie XXI wieku zjawisko bezprecedensowe. Żadna pojedyncza osoba w taki sposób nie wpływała i nie wpływa na profesjonalny sport. To więcej niż kontrolowanie negocjacji, czy wywieranie presji na partnerów biznesowych. Mayweatherowi bliżej jest do modelu opartego na nieustępliwym dyktowaniu warunków i narzucaniu innym swojej wizji funkcjonowania rynku bokserskiego w USA.
Przechodząc w model samopromocji, pięściarz zdał sobie sprawę, jak ważna jest umiejętność robienia marketingowego zamieszania, zmierzającego do jeszcze lepszej sprzedaży gal. Pomysłem na realizację tych zamierzeń było wejście w rolę czarnego charakteru przy każdej kolejnej walce. Mayweather zapragnął pokazać, że nie musi być ulubieńcem Ameryki, by zarabiać najwięcej pieniędzy przy pokonywaniu kolejnych rywali. Z tradycyjnych, często wyreżyserowanych słownych przepychanek, obecnych od zawsze w boksie zawodowym, uczynił swój model promocji. I z pewnością zdolność silnej polaryzacji świata boksu zawodowego stanowić będzie o legendzie Mayweathera. Kolejnym krokiem mistrza było wykorzystanie możliwości komunikacyjnych, jakie dają współczesne czasy i internetowe portale społecznościowe. Dzięki nim sympatyk boksu lub osoba niemająca do tej pory pojęcia, kim jest Floyd Mayweather, może zaglądnąć do wykreowanej przez niego rzeczywistości. Jak ona wygląda? Pełno w niej banknotów, zegarków wysadzanych brylantami, ekstrawaganckiej biżuterii, odrzutowców i luksusowych samochodów. Są też zdjęcia Mayweathera w towarzystwie półnagich kobiet tuż obok fotografii boksera z własnymi dziećmi. Taki, a nie inny sposób funkcjonowania poza ringiem w największym stopniu spowodowało dzieciństwo Mayweathera. W jego rodzinnym domu przemoc i narkotyki były codziennością. W konsekwencji tamtych wydarzeń, poczucie dumy z osiągniętych sukcesów i bogactwa, przeradza się obecnie u niego, w doprowadzoną do granic absurdu, chęć pokazania tego całemu światu.

Mayweather, jak sam twierdzi, przerósł boks zawodowy. Wymknął się spoza jego znane dotąd ramy i zaczął tworzyć własne zasady. Niepostrzeżenie jednak „przestał być sportowcem”. Dużo więcej miejsca poświęca się wyliczeniom dotyczącym jego pieniędzy i kolejnym gadżetom niż pojedynkom, które toczył w ringu. Pojawia się uzasadniona wątpliwość, jak po latach będzie oceniany Mayweather. Na równi z największymi bokserskimi legendami czy bardziej jako ten, który pierwszy uczynił z siebie markę wartą wiele milionów.

Pod koniec sierpnia Mayweather powróci z bokserskiej emerytury i weźmie udział we… freak fightcie. Nie zmienią tego nawet ukierunkowane na promocję gali publiczne pochwały bokserskich umiejętności McGregora i określanie pojedynku z mistrzem UFC mianem trudnego wyzwania. Walka Mayweather – McGregor zapowiada się na bokserskie zderzenie impulsywnego, nieco chaotycznego stylu Irlandczyka z przemyślaną obroną i sprytnymi kontrami Money’a. Nie ulega wątpliwości, że między ringowymi linami Mayweather wciągnie mistrza UFC do swojego tańca. Będzie punktował ciosami na dół, szybkimi sierpami i odskakiwał. Jeżeli McGregor wejdzie w tę grę i spróbuje szukać jednego, nokautującego ciosu, zapewne skończy się na wysokiej wygranej na punkty niepokonanego Amerykanina. Pięściarska obrona nie wydaje się mocną stroną podopiecznego Owena Roddy. Ma on jednak jedną ważna dla pięściarza cechę. Potrafi w sposób kontrolowany przyjąć cios, by momentalnie wyprowadzić kontrę. Gdy nie uda mu się umiejętnie przechodzić z Mayweatherem do półdystansu, może to być dla niego jedyna szansa na zwycięstwo. Taki scenariusz i tak jest bardziej atrakcyjny dla sympatyków boksu, niż kolejne rundy przepełnione klinczami i brudnym zagrywkami. Jeszcze jedna „walka stulecia” z minimalną ilością prawdziwego, czystego boksu tylko pogłębi kryzys wizerunkowy tego typu wydarzeń.

Mayweather zapoluje na rekord legendarnego Rocky Marciano, mierząc się z rywalem, z którym w normalnych warunkach po prostu nie miałby prawa walczyć. Tego typu ograniczenia rzecz jasna, go nie dotyczą. Dlaczego to robi? Być może w ten sposób pragnie zaspokoić swoje ego. Zaprasza do królestwa, w którym dyktuje warunki najwybitniejszego przedstawiciela rosnącej w siłę dyscypliny, aby pokazać mu miejsce w szeregu. Bez strat na wizerunku i bez większego wpływu na odbiór całej, bogatej kariery. Drugi powód jest bardziej prozaiczny i w kontekście osoby Mayweathera przychodzi na myśl automatycznie. To jeszcze jeden, być może ostatni już skok na kasę. W tym wypadku dużą i łatwą kasę. Gdyby więc jakiś ortodoksyjny fan boksu zawodowego chciał zapytać wielkiego mistrza „Floyd, why?”, Mayweather najpewniej z charakterystycznym, wyuczonym uśmiechem wskazałby na swoją czapkę z daszkiem, gdzie zazwyczaj widnieje jego ringowy pseudonim, Money…

 

Maciej Głaczyński/ FightExpert Magazine 8

Udostępnij

Comments are closed.