Od stania w kolejce po zasiłek do walki o setki milionów dolarów

Od stania w kolejce po zasiłek do walki o setki milionów dolarów

Kiedy kilkanaście, może dwadzieścia kilka, miesięcy temu po raz pierwszy usłyszałem, jak Conor McGregor rzuca wyzwanie w kierunku Floyda Mayweathera Jr., popatrzyłem na zawodnika MMA z politowaniem i pomyślałem, że pyskaty Irlandczyk nie ma umiaru w promowaniu własnej osoby. Oczywiście nawet nie przeszło mi przez myśl, że do takiej walki mogłoby kiedykolwiek dojść, czy to w boksie, czy w MMA. Ta pierwsza opcja, jak uważałem, byłaby dla McGregora zbyt trudna, boks jest bowiem bardzo hermetyczną dyscypliną sportu z bardzo wysokim progiem wejścia nawet dla dobrego stójkowicza z mieszanych sztuk walki bądź K-1. Mecz na zasadach MMA skreślałem natomiast z przeciwnego powodu – nie widziałem i nie widzę szans, aby pięściarz zgodził się wkroczyć do oktagonu, gdzie jego wyspecjalizowany jednak stosunkowo ubogi arsenał byłby skazany na porażkę. Ponadto ów pojedynek, jak sądziłem, uniemożliwiały kwestie kontraktowe ze strony McGregora, którego wiąże przecież bardzo restrykcyjna umowa z UFC. Jeśli powyższe argumenty nie byłyby dla kogoś wystarczająco przekonujące, aby uznać tę hipotetyczną wówczas walkę za fanaberię, miałem inny – o czym byłem przekonany – łamiący, szanse na starcie McGregor vs. Mayweather Jr. i niwelował je praktycznie do zera. Była nim interesowność przedsięwzięcia i ewentualny podział zysków. Floyd Mayweather Jr. jest bowiem ikoną pięściarstwa, najbardziej kasowym zawodnikiem sportów walki i jednym z najbogatszych sportowców świata. Jaki miałby interes, mówiłem, w wychodzeniu na ring ze stosunkowo mało znanym (wtenczas) fighterem z nie aż tak mainstreamowego MMA? I w jaki sposób mieliby się oni dogadać w sprawie podziału zysku? Niemożliwe – przekonywałem sam siebie i innych. Jak bardzo się pomyliłem? Jak bardzo Wy, Drodzy Czytelnicy, pomyliliście się w swoich ocenach realności tytułowej walki?

Pojedynek bokserski pomiędzy Floydem Mayweatherem Jr. a Conorem McGregorem dojdzie do skutku 26 sierpnia. Starcie odbędzie się w kategorii do 154 funtów (69,8 kg), a zawodnicy wejdą do ringu usadowionego w otwartej w zeszłym roku, znajdującej się w mieście aniołów T-Mobile Arenie. Gala, na której odbędzie się starcie, będzie typowo bokserską kartą, za której organizacją stanie Mayweather Promotions. Transmisja sprzedawana będzie w systemie pay-per-view za pośrednictwem telewizji Showtime, cena subskrypcji nie jest jeszcze znana, ale spekuluje się, że wyniesie ona 90-100 dolarów za jakość HD. Ceny biletów na wydarzenie rozpoczynają się od zawrotnych 2 200 USD do przeszło 70 000 „zielonych” za miejsce pod ringiem. Oferty sponsorskie rozsyłane do potencjalnych inwestorów sugerują, że może to być najbardziej kasowa walka w historii pięściarstwa, która zyskami przebije nawet Mayweather-Pacquiao. Co by nie mówić o całej sytuacji, Conor McGregor po raz kolejny dopiął swego i udowodnił, że niemożliwe nie istnieje.

Bardzo interesującym było śledzenie wszystkich etapów promowania tego niecodziennego starcia. Od pierwszej fazy – bagatelizacji pomysłu, o której pisałem na wstępie, przez stopniowe materializowanie go, coraz większe angażowanie obu stron, aż po wejście do gry UFC i rozpoczęcia poważnych rozmów. Był to typowy efekt kuli śnieżnej, dzięki któremu rzucone od niechcenia „zawalczmy” przeistoczyło się w potężne zainteresowanie mediów i fanów, którzy śledzili każdy szczegół negocjacji. W pewnym momencie szum medialny był już tak duży, że oczywistym stało się nie tylko to, że walka faktycznie może dojść do skutku – było niemal pewnym, że tak się stanie. Zwłaszcza po zaangażowaniu się Dany White’a jako jednej ze stron. Wszystko, co zdarzyło się później, można było już traktować jako element negocjacji mający odpowiednio „ustawić” same rozmowy. Pojedynek był zasadniczo pewny, a został potwierdzony w połowie czerwca, wywołując skrajnie różne emocje. Część komentujących nie mogła nacieszyć się ze spełniającego się na ich oczach marzenia, część – zwłaszcza ta związana z boksem – zaczęła krytykować przedsięwzięcie jako bezsensowne i przewidywalne. Znaleźli się nawet tacy, którzy twierdzili, że do takiego starcia nigdy nie powinno dojść i że Komisja Sportowa Stanu Nevada nie powinna była wydawać na nie zezwolenia. To ostatnie stanowisko uważam za absurdalne, ponieważ skoro dwóch profesjonalnych fighterów chce się skonfrontować w ringu przy zachowaniu obowiązujących procedur, to nie widzę powodów, dla których jakiś zewnętrzny podmiot miałby im tego (prawnie) zabraniać. Tym bardziej że są chętni, aby taki pojedynek zorganizować i chętni, by takie starcie obejrzeć. Pozostałe dwa stanowiska są mi bliższe, a przynajmniej pewne aspekty tychże stanowisk.

Entuzjaści zbliżającej się walki mają rację, że będzie to wydarzenie wyjątkowe. Sęk w tym, że owa wyjątkowość objawia się raczej w sferze medialno-biznesowej a aspekt sportowy jest w jej przypadku marginalny. Tu racja leży po stronie bokserskich purystów, którzy twierdzą, że jest to pojedynek bezsensowny, że zestawienie amatora z arcymistrzem pięściarstwa jest w zasadzie pewnego rodzaju freak-fightem. Trudno się z tym nie zgodzić. Dzisiejsze pięściarstwo jest sportem wymagającym specjalizacji, premiującym doskonałe opanowanie bardzo niewielkiego wycinka walki kosztem wszechstronności. Jest więc rzemiosłem, w którym bardzo trudno będzie się odnaleźć każdemu, kto nie zajmuje się boksowaniem od najmłodszych lat. Każdy inny ukształtowany fighter (czy to kickboxer, karateka, zawodnik muay-thai czy savate) pomimo doświadczenia i umiejętności walki rękoma będzie miał wielki problem w poruszaniu się w tym specyficznym środowisku, w którym zabronione jest w zasadzie wszystko prócz ciosów pięścią w górną połowę ciała. Dodatkową trudnością dla McGregora będzie wielkość rękawic. Ta została ustalona na dziesięć uncji (rękawice do MMA to zaledwie cztery uncje). Bokserskie rękawice nie tylko dbają o zdrowie walczących (to czy tak się dzieje, jest tematem na inny artykuł), w znaczący sposób wpływają one na przebieg walki, premiując jedne techniki kosztem innych. Bez wątpienia będzie to nowa sytuacja dla Irlandczyka, który walcząc w MMA, nie przywykł do szczelnej ochrony, jaką zapewnia podwójna garda. Biorąc pod uwagę wszystkie te aspekty, a także różnicę ringowego doświadczenia trudno sądzić, że dojdzie do niespodzianki. Nawet zakładając, że Conorowi uda się trafić Floyda nie ma pewności, że w miękkich rękawicach pośle go na deski – a nawet jeśli, to nie będzie mógł podbiec do zranionego rywala i wykończyć go na ziemi, nastąpi bowiem zwyczajowe liczenie. Ów pojedynek byłby zdecydowanie ciekawszy, gdyby odbył się na bardziej neutralnym gruncie: na zasadach K-1. Tam Floyd korzystałby z zalet dużych rękawic i miałby pewność, że nie zostanie obalonym, Conor mógłby natomiast stosować kopnięcia i szerszy repertuar technik. Starcie bokserskie, odbywające się jednak w rękawicach do MMA oraz w oktagonie również byłoby ciekawym, bardziej zbilansowanym wariantem niż typowo bokserski pojedynek, do którego dojdzie pod koniec miesiąca. Myśląc o jego wyniku trudno jednak przewidywać inaczej niż zwycięstwo Mayweathera. Otwartym pozostaje natomiast sposób zakończenia i przebieg pojedynku to, w której rundzie się zakończy i jak bardzo defensywnie walczący Floyd postanowi przycisnąć nowicjusza.

W tym miejscu można zapytać, skoro ta walka jest aż tak dużym sportowym „miss-matchem”, to dlaczego do niej doszło? Z kilku powodów. Pierwszym z nich są oczywiście gigantyczne pieniądze, jakie zarobią na niej zawodnicy (mówi się o kilkuset milionach dolarów zysku dla Mayweathera i kilkudziesięciu dla McGregora) oraz promotorzy. Tu pojawiają się oczywiście twierdzenia, że pięściarz jest tak bogaty, że nie potrzeba mu więcej pieniędzy i że te nie są jego motywacją. Dobrze, zgoda. Przyjmijmy więc na potrzeby argumentacji to założenie – choć pojawiają się również zdania przeciwne, sugerujące że pięściarz zalega fiskusowi 22 mln dolarów i po prostu potrzebuje pieniędzy. Dlaczego zatem Floyd cały czas działa zarobkowo, dlaczego założył Mayweather Promotions i zarabia na promowaniu pięściarstwa? Czemu nie żyje z procentów, skoro nie potrzeba mu pieniędzy, po co zaprząta sobie głowę biznesem? Zgodzę się oczywiście, że mamona może nie być pierwsza na liście motywatorów Mayweathera, lecz potencjalne trzysta- czterysta milionów dolarów na koncie z pewnością potrafi zachęcić do wysiłku. Nie inaczej jest w przypadku fightera MMA, który w przeciwieństwie do jego przyszłego rywala cały czas jest na dorobku. Zresztą Conor od dawna powtarza, że interesują go tylko wielkie walki i pieniądze, jakie dzięki nim będzie w stanie zarobić. Choć oczywiście i w jego przypadku daleki jestem od twierdzenia, że są one jedynym czynnikiem motywacyjnym. Równie ważna musi być – w przypadku jednego i drugiego – chęć przełamywania kolejnych barier, dokonywania czegoś niezwykłego. Tak Conor, jak i Floyd są przecież mistrzami w swoich dziedzinach, ale także pewnego rodzaju „self-made manami”, ludźmi, którzy swoją wolą kształtują otaczający ich świat. Możliwość tworzenia historii (a ten pojedynek z pewnością do niej przejdzie) musi być dla nich afrodyzjakiem nie mniejszym niż ogromne pieniądze.

Mimo powyższego krytycyzmu na temat sportowego aspektu tytułowego pojedynku jestem bardzo zaciekawiony jego biznesowo-medialnym spektrum. Uważam, że to, iż do tego starcia doprowadzono, jest wielkim sukcesem, który może otworzyć drogę dla takich głośnych „międzystylowych” walk w przyszłości. Dzięki McGregorowi UFC, a właściwie WME-IMG wkracza na rynek wielkich pojedynków (a do tej pory te były w zasadzie wyłącznie domeną boksu) i pokazuje potencjalnym zainteresowanym, że zarządzający korporacją mają otwarte głowy i potrafią wykorzystać nadarzającą się okazję.

Częstym pytaniem zadawanym przy okazji Mayweather vs. McGregor jest to, w jaki sposób ów pojedynek wpłynie na obie dyscypliny. Trudno odpowiedzieć na to pytanie i przewidzieć bieg historii, lecz nie spodziewam się, aby nastąpiła jakaś radykalna zmiana. W zasadzie uważam, że na boks nie będzie to miało żadnego wpływu. Jest to bowiem dyscyplina o ugruntowanej pozycji, która w sferze medialnej (popularność) wywalczyła już chyba wszystko, co mogła. Inaczej jest z MMA, które cały czas się rozwija i ma jeszcze wielką drogę do przebycia, zanim osiągnie pułap, na którym obecnie znajduje się pięściarstwo. Choć i tutaj nie przewiduję skokowego wzrostu popularności, bo ta zależy głównie od palety gwiazd, które możemy w oktagonie oglądać. Rzecz jasna, jeśli pojedynek wygrałby McGregor, to szum medialny byłby nieporównywalnie większy, co siłą rzeczy znacznie bardziej oddziaływałoby na MMA, lecz i w tym przypadku nie byłoby to żadnym kamieniem milowym.

Nikłe prawdopodobieństwo zwycięstwa Irlandczyka nie przeszkadza fanom i samym zainteresowanym w snuciu opowieści w stylu: co by było gdyby. Dana White w jednej z wypowiedzi postawił tezę, że jeśli Conor zwycięży Floyda, to stanie się największym zawodnikiem w historii sportów walki. Jest to dość śmiała teza, której w zasadzie nie da się zweryfikować. No bo w jaki sposób ocenić, który z zawodników był faktycznie „większy”: pojedynkujący się w stosunkowo młodym MMA, mający jedno wielkie zwycięstwo w zawodowym boksie McGregor, czy np. dominujący przez dwadzieścia lat (sic!), złoty medalista w zapasach z trzech Igrzysk Olimpijskich, będący niepokonanym w 887 walkach Aleksandr Karelin? Jak porównać wartość tych osiągnięć? Można co najwyżej dokonywać porównań medialnych, lecz i te nie będą miarodajne, bo w jaki sposób przyłożyć świat z ery internetu i social mediów do tego sprzed 20, 30 czy 50-ciu lat? I nawet jeśli byśmy to zrobili, to czy McGregor faktycznie okazałby się „większym” zawodnikiem niż Mike Tyson, który stał się w zasadzie elementem popkultury?

W jaki sposób by jednak na sprawę nie patrzeć, Conorowi nie sposób odmówić wielkości. Cała historia tego irlandzkiego awanturnika jest materiałem na film, a fakt, że hydraulik, który jeszcze kilka lat temu stał w kolejce po zasiłek, przerósł organizację dla której walczy i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych sportowców świata, jest dowodem jego nieprzeciętności. Jest też zarazem dowodem na to, że z odpowiednim nastawieniem i siłą woli można dokonać wielkich rzeczy. Bo pojedynek legendy boksu z mistrzem UFC bez cienia wątpliwości jest w świecie sportów walki rzeczą wielką.

 

Jakub Bijan / FightExpert Magazine nr 8

Udostępnij

Comments are closed.