„Życie bywa czasami bardzo okrutne dla sportowców…” – wywiad z Szymonem Bajorem

„Życie bywa czasami bardzo okrutne dla sportowców…” – wywiad z Szymonem Bajorem

Szymon Bajor to zawodnik MMA na co dzień trenujący w klubie Spartakus Rzeszów. Mistrz PLMMA. Uczestnik gal organizowanych m.in. przez takie organizacje jak KSW i RIZIN. Uczestnik turniejów stójkowych oraz parterowych. Człowiek bardzo wszechstronny, zarówno w sporcie, jak i życiu codziennym.

Iwona Nieroda: Mam przed sobą przedstawiciela mieszanych sztuk walki, byłego mistrza PLMMA w wadze ciężkiej, obecnie zawodnika organizacji KSW, którego poczynania śledzą już nie tylko najbliżsi znajomi, przyjaciele i rodzina, ale także szerokie grono kibiców w całym kraju. Porównując twoją karierę dziś, a jeszcze kilka lat temu to nie jedno się zmieniło i to chyba na duży plus?
Szymon Bajor: Witam wszystkich czytelników, moich fanów, a także fanów mieszanych sztuk walki, która jest moją ulubioną dyscypliną sportową. Pochodzę z małej miejscowości Kolbuszowa obok Rzeszowa, gdzie w latach, w których się wychowywałem, na rynku sportowym była dostępna tylko piłka nożna. Więc tak jak większość osób z końca lat 80-tych przygodę ze sportem rozpoczynałem na stadionie piłkarskim. Piłka nożna sprowadziła mnie do Rzeszowa, gdzie uczęszczałem do szkoły średniej i mieszkałem w internacie. W drugiej klasie szkoły średniej złapałem kontuzję, która wykluczyła mnie na jakiś czas z treningów piłki i wtedy nadszedł czas na coś, czego brakowało mi w mojej rodzinnej miejscowości. Starszy kolega z internatu jeździł na treningi do klubu Spartakus Rzeszów i tak się stało, że zaproponował mi, abym został jego partnerem treningowym. W ten sposób piłka nożna zeszła na drugi plan, a z czasem przestała już być dla mnie czymś, co chciałbym robić przez resztę życia. Tak rozpoczęła się moja kariera MMA. Dzisiaj wygląda już to trochę inaczej. Pierwsze walki były brane z marszu. Trenowałem bez przerwy, a przygotowania do walki nie różniły się niczym od codziennych treningów. Od tamtego czasu MMA bardzo się rozwinęło. Ja staram się pogłębiać swoją wiedzę z każdej dziedziny, która jest mi potrzebna, by iść do przodu. Teraz jest mnóstwo szkoleń, z których można coś ciekawego wynieść dla siebie, a kiedyś nie było nic, albo ja o niczym nie wiedziałem.

Jednym z twoich pierwszych sporych sukcesów było wywalczenie tytułu mistrza PLMMA w wadze ciężkiej. Opowiedz, jak dotarłeś do tej „stacji” w swojej karierze?
Moim managerem w tamtych czasach był trener Krzysztof Bańkowski. To on kierował moją karierą zawodową. Ja za zadanie miałem wygrywać walkę po walce dla organizacji PLMMA i tak właśnie dotarłem do walki o tytuł mistrza tej organizacji, która odbyła się dokładnie w moje 25 urodziny.

To sprawiłeś sobie niezły prezent na ćwierćwiecze?!
Dokładnie tak! Moje 25 urodziny stały się wyjątkowe, a z walki, do domu wróciłem z mistrzowskim pasem.

Po PLMMA przyszedł czas na KSW. Dużo zmieniło się po podpisaniu kontraktu z włodarzami tej organizacji?
Wcześniej walczyłem dla różnych organizacji w Niemczech, Słowacji, Rosji, a także w wielu miastach w Polsce. Pomimo dużego już doświadczenia w oktagonie nikt o mnie nie słyszał, a dla wielu ludzi walki na KSW to było coś. Po dość spontanicznym podpisaniu kontraktu z KSW wszystko zaczęło się układać w całość. Fani tej dyscypliny dowiedzieli się, że jest taki ktoś w Rzeszowie, kto walczy w MMA.

Czyli mam rozumieć, że w żaden sposób nie żałujesz swojej sportowej decyzji?
W żadnym wypadku. Uważam, że był to strzał w dziesiątkę. Zrobiłem w mojej karierze krok do przodu, a teraz liczę na następne.

Teraz bardzo ciekawa i istotna kwestia dotycząca twojego występu na RIZIN Fighting World Grand Prix 2016 w Japonii. Stoczyłeś tam w ciągu kilku dni dwie walki, pierwszą wygrywając na punkty, kolejną przegrywając. Przedstaw nam swoje wrażenia z tego wydarzenia. Warto było? Czy ta organizacja daje coś więcej, czego dać nie mogą walki na europejskich arenach?
Gdzieś tam głęboko w myślach miałem takie marzenie o walce w kraju Kwitnącej Wiśni. Federacją RIZIN kierują byli właściciele legendarnego PRIDE. Atmosfera towarzysząca na ich galach była odczuwalna oglądając filmy z walk, które znajdywałem w internecie. Udało mi się zakwalifikować do turnieju wagi ciężkiej, gdzie w rozpisce były takie nazwiska jak Mirko Cro Cop czy Wanderlei Silva.

Co pozytywnego lub negatywnego utkwiło ci najbardziej w pamięci z pobytu w Japonii? Może jakieś anegdoty?
Japończycy traktują zawodników z ogromnym szacunkiem. Jeśli masz odwagę wyjść do walki i dasz z siebie wszystko, to dla nich już jesteś bohaterem bez względu na wynik pojedynku. Podczas otwarcia gal promują swoją kulturę, gdzie nie brakuje Sumitów czy Samurai. Po ostatnim pojedynku żaden z kibiców nie wychodził z sali, gdyż wszyscy czekali, aż walczący na gali zawodnicy wejdą na ring i podziękują im za przybycie. Zasada, która tam obowiązuję jest następująca „zawodnik jest dla kibica, a kibic jest dla zawodnika”.

Wrócisz jeszcze do Japonii? Zawalczysz ponownie dla organizacji RIZIN?
Takie pytanie już podesłałem do mojego managera i wspólnie ustaliliśmy, że ja mam się skupić na treningu, a on na rozmowach z właścicielami federacji. Nie ukrywam, że wyrażam ogromną chęć, by jeszcze tam zawalczyć i zapisać się w historii jako fighter, który z powodzeniem radził sobie na Japońskim rynku.

Kto pomaga ci w podejmowaniu dobrych decyzji? Co sądzisz o instytucji managera?
W Polsce jest mnóstwo zawodników mieszanych sztuk walki, a managerów niewielu. Potrzeby są zdecydowanie większe. Niektórzy są managerami jedynie z nazwy. Ja bym ich nazwał bardziej „załatwiaczami” walk, czego doświadczyłem na własnej skórze. Od managera zawodnik powinien oczekiwać troszkę więcej, niż tylko propozycje walk na osiem, sześć, cztery albo i tydzień przed terminem, bo w moim przypadku i tak się zdarzało. Ważnych decyzji nikt za mnie nie podejmuje. Ja dostaję propozycję, jeśli termin mi odpowiada i wiem, że jestem w stanie przygotować się na 200%, to po prostu taką propozycję akceptuję z myślą, że odwrotu już nie ma.

Mówią „co cię nie zabije to cię wzmocni”. Takie słowa nie raz usłyszeć można, gdy coś w naszym życiu nie ułoży się według założonego planu. Sportowcy mają czasem te plany bardzo duże, nie zawsze jednak wszystko wychodzi. Każdy atleta wielkiego formatu poczuł kiedyś gorzki smak porażki, która boli, ale i daje bardzo pouczającą lekcję. Czy ty kiedykolwiek dostałeś taką lekcję?
Dostałem i nadal dostaję. Człowiek uczy się całe życie. Nie uważam, że jestem alfą i omegą i staram się chłonąć wiedzę od każdego, który ją posiada, bez względu na staż. Sporty indywidualne mają to do siebie, że podczas pojedynku jesteś tylko ty i twój przeciwnik, a sędzia jest w oktagonie, aby zadbać o twoje zdrowie. Życie bywa czasami bardzo okrutne dla sportowców, ale ci, którzy potrafią porażkę przyjąć na klatę bez szukania beznadziejnych powodów przegranej, oraz wyciągnąć wnioski już są zwycięzcami. Nie zawsze w walce wygrywa lepszy zawodnik, a bardziej dyspozycyjny danego dnia. Kubeł zimnej wody na „łeb” i wracamy na matę.

Łatwo znosisz porażki?
(Śmiech) Nie należę do tych, którzy je łatwo znoszą. Jest płacz, żal, złość, ale jest też chęć zrehabilitowania się dla samego siebie. Mam wspaniałą rodzinę, dla której jestem w stanie zrobić wszystko. Moje dzieci bardzo odczuwają przygotowania do kolejnych walk. Każdą wolną chwilę staram się im poświęcać, a gdy tygodniami nie mam czasu przez przygotowania, po prostu za mną tęsknią, a ja nie mogę nic z tym zrobić. I chociaż wiem, że treningi nie poszły na marne, to po przegranej jest ogromny żal, że ich zawiodłem.

Planujesz zostać do końca przy MMA, czy może czeka cię „romans” z inną dyscypliną sportu?
Moim celem podczas kolejnych walk jest realizacja wcześniej ustalonego planu, który mam wykonać. Liczę, że to mnie doprowadzi wysoko. Nie wybiegam za daleko w przyszłość, ale też nie jestem wielbicielem powiedzenia „co będzie, to będzie”. Gdy mam przerwy od startów w MMA staram się nie „zardzewieć” i od czasu do czasu biorę udział w zawodach bokserskich, kickbokserskich czy grapplingowych. Jednak do takich zawodów podchodzę całkiem luźno, bo głównym celem jest dla mnie MMA.

Zostawmy na chwilę temat sportu. Wydajesz się być dość potężnym, ale i przy tym bardzo przyjaźnie usposobionym do życia. Jakim człowiekiem jesteś prywatnie?
Pewnie moja żona chętnie by się wypowiedziała na ten temat (śmiech). Nie jestem facetem typu narcyz, więc samemu sobie posłodzić jest mi głupio. W skrócie mogę powiedzieć, że bardziej pomogę, niż zaszkodzę.

A gdybyś musiał wybrać trzy wartości, jakie w życiu są dla ciebie najważniejsze, to byłyby to?
Jak chyba dla każdego ojca i męża na najwyższym stopniu podium stawiam sobie rodzinę. Kolejny jest szacunek, bez którego świat byłby gorszy, a także, dla mnie jako sportowca, samodyscyplina.

Czym się zajmujesz poza sportem?
Jak większość obywateli w naszym kraju dodatkowo pracuję na utrzymanie mojej rodziny. Wspólnie z żoną wychowuję dwójkę naszych wspaniałych dzieci, a resztę czasu poświęcam na treningi.

Czujesz się spełniony jako fighter? Gdybyś teraz miał zakończyć swoją karierę, odszedłbyś ze spokojem ducha?
Nie, jeszcze nie teraz. Mam przede wszystkim jeszcze coś do udowodnienia samemu sobie. Chcę się uczyć, walczyć z najlepszymi i ciągle iść do przodu. To jeszcze nie czas, aby siąść przed lustrem i sobie powiedzieć „no stary zrobiłeś kawał dobrej roboty”.

Na koniec dam ci trochę wolnej przestrzeni. Możesz teraz pozdrowić fanki, podziękować sponsorom, a nawet wyzwać kogoś na pojedynek.
Gdy postanowiłem sprawdzić się w MMA, nie pytałem nikogo o zgodę. Więc tu podziękowania płyną do mojej żony, która nauczyła się z tym żyć, a teraz musi znosić moje wahania nastroju. Podziękowania dla moich synów, którzy mnie ogromnie motywują i wspierają, dla mojego pierwszego sponsora ANIMUSZ, który zainwestował we mnie, jak jeszcze nikt we mnie nie wierzył. Podziękowania dla firm: MK-MED, RS-SERVICE, HEALTHY PACK, CITY-FORMAT, MARWAY, BARTMAX, TRENUJ-MĄDRZE za spory wkład w moją karierę, oraz że nie łączą nas kontakty biznesowe, a raczej przyjacielskie. Jest wielu zawodników, z którymi chciałbym się zmierzyć, ale raczej nie należę do typu zawodników, którzy głośno wykrzykują ich nazwiska. Więc nie będę teraz nikogo wyzywał do walki.
Oczywiście ślę podziękowania do moich fanek i fanów za wsparcie przed każdą walką. Trzymajcie za mnie kciuki.

Dziękuję za rozmowę i życzę jak najwięcej sukcesów, nie tylko tych sportowych.
Ja również dziękuję za rozmowę i za zainteresowanie moją osobą. Było mi bardzo miło.

 

FightExpert Magazine nr 8.

foto: www.kswfoto.com

Udostępnij

Comments are closed.