Polskie MMA się męczy

Polskie MMA się męczy

Krajowa scena mieszanych sztuk walki kwitnie. Z roku na rok rośnie zarówno liczba amatorskich, jak i zawodowych gal (w 2016 roku było ich ponad sto), przybywa również zawodników i działaczy, a sama dyscyplina coraz częściej gości na łamach mainstreamowych mediów. Branża pęcznieje, chciałoby się rzec. Tę obserwację zdają się potwierdzać niedawne wyczyny Konfrontacji Sztuk Walki, która kilkanaście tygodni temu dokonała niemożliwego, zapełniając przy okazji swojego trzydziestego dziewiątego wydarzenia Stadion Narodowy. Trudno tutaj nie przyklasnąć organizatorom, którzy po raz kolejny przekroczyli – jak się zdawało – nieosiągalną granicę. Mimo iż na pozór wszystko w polskim MMA idzie we właściwym kierunku, w niniejszym tekście postaram się nadwiślańską scenę poskrobać nieco mocniej, bo mam wrażenie, że pod lukrową polewą nie zawsze kryje się równie atrakcyjne wnętrze.

Żebyśmy jednak mieli jasność. Nie zamierzam w tym miejscu siać defetyzmu i powielać utartych wśród części komentatorów zwrotów, jakoby trapione brakiem gwiazd „KSW miało się niebawem skończyć” a nadwiślańska scena implodować. Takie twierdzenia są kuriozalne, zwłaszcza w obliczu niedawnego rekordu sprzedaży biletów na KSW 39, które z wynikiem 57,766 kibiców zgromadzonych na „PGE Narodowym” uplasowało się jako druga największa (na świecie!) gala MMA, tuż po PRIDE Shockwave z 2002 roku. Owszem, uważam, że przed organizacją Kawulskiego i Lewandowskiego stoi sporo wyzwań – być może więcej, niż kiedykolwiek wcześniej – a samo MMA w naszym kraju jest przeinwestowane, lecz wieszczenie jego upadku byłoby nie na miejscu. Niemniej nie oznacza to, że propaganda, jaką często i chętnie karmią nas managerowie i promotorzy jest odzwierciedleniem faktycznej kondycji branży. Sytuacja jest bardziej złożona.

Tak na marginesie, kiedy myślę o kondycji wszechstylowej walki wręcz w naszym kraju, częstokroć przychodzi mi na myśl pewien dowcip, wedle którego kupiec przychodzi do rabina po radę i zagaduje: – Rabi, jeśli świat umarł, to dlaczego bankrutuje moja fabryka trumien? A jeśli świat nie umarł, to dlaczego bankrutuje mój sklep spożywczy? – Nic nie rozumiesz. – Odpowiada mędrzec. – Świat ani nie umarł, ani nie żyje. Świat się po prostu męczy. No i tak samo, uważam, męczy się MMA nad Wisłą. Bo nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko i wyłącznie Konfrontację Sztuk Walki, która bije ostatnio rekord za rekordem, to po bliższym przyjrzeniu dostrzeżemy, że pomimo tych wszystkich ogromnych liczb, dziesiątków tysięcy kibiców na stadionie, setek tysięcy subskrybentów przed odbiornikami… że pomimo milionowych wpływów, zasadnicze problemy, z jakimi boryka się organizacja, są właściwie niezmienne od lat. I mimo iż włodarze niemal w każdym wywiadzie zarzekają się, że planują, rozważają i będą wspomniane problemy rozwiązywać, nic się w tej materii nie zmienia. Sztandarowym przykładem jest choćby ilość gal, jaką najbardziej znany duet polskiego MMA jest w stanie zorganizować w jednym roku. Rzecz fundamentalna dla rozwoju organizacji, powiększenia wpływów, poszerzenia „stajni” zawodników i profesjonalizacji przedsięwzięcia. Tymczasem od początku istnienia Federacji nie potrafią oni wyprodukować więcej niż czterech gal rocznie.

Dlaczego tak jest? Skoro w polskim MMA jest tak dobrze, skoro dyscyplina jest tak popularna, to dlaczego największa organizacja nie potrafi pobić własnego rekordu czterech wydarzeń w roku (który, swoją drogą, został przez nich ustanowiony w 2008 roku), nawet jeśli jedno z nich odbywa się poza granicami kraju? Nie jest to specjalną tajemnicą, zresztą sami właściciele wspominali o tym zagadnięci podczas wywiadów. Nad Wisłą nie ma po prostu rynku na mieszane sztuki walki. Ot, cała tajemnica. Oczywiście ani Kawulski, ani Lewandowski nie powiedzieli tego nigdy wprost, zasłaniali się profesjonalnie brzmiącymi pojęciami typu „chłonność” czy „wyporności” rynku, lecz w praktyce oznacza to ni mniej, ni więcej, że polski kibic z chęcią obejrzy cztery gale KSW w roku, lecz przy piątej mogłoby się mu już znudzić. Pojęcie można też rozpatrzyć z drugiej strony: włodarze KSW mają wątpliwości, czy zdołaliby pozyskać finansowanie (sponsorów) na pięć gal w jednym roku – lecz ostatecznie i tak sprowadza się to do punktu pierwszego, bo gdyby byli kibice chętni do oglądania/płacenia, to znaleźliby się również sponsorzy, skorzy tę sytuację wykorzystać. Oczywiście trudno mieć o to jakieś pretensje do włodarzy KSW, ba! – wręcz przeciwnie. To, że trzeźwo oceniają rynkową sytuację i inwestują rozsądnie, bardzo dobrze o nich świadczy. Po prostu ich działania stoją w kontrze do ich wypowiedzi i szeroko rozumianego pijaru… no ale ten także jest częścią ich pracy.

Jak na razie nie zapowiada się, aby rekordowe KSW 39 miało zmienić cokolwiek w tej materii. Martin Lewandowski w wywiadzie dla Forbes.pl stwierdził, że docelowo prócz czterech gal w Polsce chcieliby organizować tyle samo wydarzeń poza nią. Mamy więc tutaj kolejne potwierdzenie tezy zawartej w powyższym akapicie (brak możliwości zmonetyzowania piątej gali) oraz nakreślona strategię na przełamanie impasu – gale zagraniczne, nowe rynki. Sęk w tym, jak wyraził się Lewandowski, że do tego potrzebny będzie Federacji inwestor. Jest to wypowiedź bardzo istotna, gdyż dopiero dzięki niej można zauważyć pełny kontekst gali na Stadionie Narodowym, która w świetle wypowiedzianych przez Martina słów jawi się jako wydarzenie mające przyciągnąć do Federacji potencjalnych nowy, być może zagraniczny kapitał. Swoisty sygnał dla większych graczy: zobaczcie, jacy jesteśmy wielcy, rekordowi. Czy to prężenie muskułów przyniesie pożądany skutek? Zobaczymy. Uważam jednak, że dla KSW będzie to sine qua non dalszego rozwoju i bez niego organizacja skazana będzie na stabilne, ale jednak tylko cztery duże gale w roku.

Zupełnie inaczej jest z pozostałymi, znacznie mniejszymi promocjami działającymi nad Wisłą. Większość z nich, nawet jeśli przynosi regularny zysk (co nie jest wcale aż tak częste), to musi się mocno „nagimnastykować”, aby przyciągnąć kibiców i sponsorów. Uważana do niedawna za organizację numer dwa Fight Exclusive Night wyraźnie wytraciła impet. FEN stracił wielu wartościowych sportowo zawodników, stracił również na rzecz KSW swoją główną lokomotywę w postaci Tyberiusza Kowalczyka. Można odnieść wrażenie, że promocja znalazła się na rozdrożu i nie bardzo wiadomo, w którą stronę Paweł Jóźwiak postanowi – i czy w ogóle zdoła – ją poprowadzić… i jakimi środkami zamierza to zrobić. Zgoła inaczej miała się do niedawna sytuacja Profesjonalnej Ligi MMA, która dzięki kontraktowi z telewizją Puls złapała nieco wiatru w żagle, pokazując ciekawy pomysł na siebie w postaci „wesołego MMA”. Jakkolwiek można było do takiego wizerunku organizacji podejść, atutu w postaci szeroko dostępnej telewizji nie można było pominąć. Niestety wiadomo już, że współpraca pomiędzy Oknińskim a TV Puls zakończyła się po dwóch galach, a kolejne stoją pod znakiem zapytania. W internecie krążyły przez pewien czas plotki, najpewniej rozsiewane przez samego Oknińskiego, jakoby podpisana została umowa z TVN Turbo, lecz okazały się one nieprawdziwe. Ponadto niedawno na jaw wyszły informacje o zaległościach finansowych organizacji, Oknińskiego opuścili najbardziej znani fighterzy (m.in. Marcin Naruszczka) i nad całym projektem zebrały się czarne chmury. Na rynku migoce także ACB, które sportowo prezentuje znakomity poziom, lecz które w zasadzie przechodzi w naszym kraju bez echa. Dość powiedzieć, że ACB 63 w „Ergo Arenie” sprzedało niespełna dwa tysiące biletów. Mimo iż jest to mocna organizacja, znana z bardzo dobrych płac i wysokich bonusów (10 tys. dolarów za walkę/nokaut/poddanie wieczoru oraz 5 tys. dolarów za każde skończenie przed czasem), trudno jest mi ją traktować poważnie, dopóki zarządzający nią nie zaczną kierować się rachunkiem ekonomicznym. W przeciwnym razie będzie to po prostu zabawka Majrbieka Chasijewa, która może zniknąć z rynku tak samo szybko, jak się na nim pojawiła – za sprawą jednego kaprysu właściciela.

Kolejną przesłanką wskazującą, że z polskim MMA nie jest wcale tak wspaniale, jak mogłoby to wynikać z medialnych komunikatów, jest bardzo wyraźny trend skłaniający organizatorów podbijania oglądalności freak-fightami. Ten swoisty powrót dziwaków można zaobserwować zarówno w KSW (Popek, Kowalczyk), jak i poza nim („Trybson” czy odgrzewany Najman w PLMMA, czy ogłoszony jakiś czas temu pojedynek dziennikarza-amatora, Jacka Adamczyka), jest on także widoczny w sferze medialnej, gdzie na giełdzie nazwisk pojawiają się kolejni kandydaci do walk MMA (np. Tomasz Oświeciński, aktor). Jest to mocna poszlaka wskazująca, że w naszym kraju boomu na mieszane sztuki walki nigdy nie było. Owszem, było i jest nadal wzmożone zainteresowanie galami MMA, lecz tylko dlatego, że można na nich obejrzeć walczących celebrytów pokroju „Popka”. Nie ma to jednak wiele wspólnego z popularnością samej dyscypliny, bo czysto sportowe pojedynki cały czas pozostają niszowe. To skłania mnie zaś do konstatacji, że telewizyjne MMA można by w zasadzie nazwać „Jak oni się tłuką” – i nie byłoby w tym stwierdzeniu wiele przesady.

Kończąc ten przydługi wywód, zaznaczę, że wcale nie uważam, aby sytuacja mieszanych sztuk walki była w naszym kraju zła. Zważywszy na to, że wszechstylowa walka wręcz jest obecna w Polsce od niespełna dwóch dekad, można być zadowolonym z punktu, do którego dotarła. Sądzę natomiast, że dyscyplina nie jest aż tak popularna, jakby wskazywały kolejne rekordy bite przez KSW, bo raz – KSW nie jest reprezentatywne dla całości MMA, dwa – także ono, jak się wydaje, dotarło nad Wisłą do kresu rozwoju.

 

Jakub Bijan / FightExpert Magazine nr 8

Udostępnij

Comments are closed.