Skuteczność w realnej walce – wywiad z Karolem Matuszczakiem

Skuteczność w realnej walce – wywiad z Karolem Matuszczakiem

Karol Matuszczak jest żyjącą legendą brazylijskiego jiu-jitsu w Polsce. To on sprowadził i rozwinął nad Wisłą tę dyscyplinę sportu i to on wystąpił i wygrał w starciu uważanym za pierwszy oficjalny pojedynek na zasadach MMA w naszym kraju. Co jednak ciekawe, jego początkowe zainteresowanie sportem nie wskazywało na to, że to właśnie konfrontacja stylów i BJJ staną się jego największą pasję.

 

Jacek Łosak: Niewiele osób wie, że swoją przygodę ze sportami walki zaczynałeś od karate i aikido. Wcześniej jednak nie myślałeś wcale o takich dyscyplinach.
Karol Matuszczak: Faktycznie, gdy byłem mały, nie interesowałem się sportami walki. Lubiłem grać w piłkę. Jednak dzielnica Poznania, w której mieszkałem, nie należała do najbezpieczniejszych i pewnego dnia niechcący spowodowałem taką sytuację. Gość palił papierosa i coś mi nadawał, wydawało mi się, że chce mnie przypalić, więc spróbowałem wytracić mu z ręki tego papierosa, ale trafiłem go w twarz. Wtedy nic więcej się nie stało, ale przy następnym spotkaniu dostałem manto od niego i jego kumpli. Wówczas wstawił się za mną tylko jeden znajomy. On trenował wówczas karate i zapytał mnie, czy nie chciałbym się przyłączyć. Nie byłem przesadnie zainteresowany tym pomysłem, wolałem dalej grać w piłkę. Kolega jednak mnie przekonywał, mówił, że dużo biega na treningach, więc do piłki również mi się to przyda. Poszedłem na trening, obserwowałem jak zadawane są ciosy, wyprowadzane kopnięcia i muszę przyznać, że mnie to zaciekawiło. Trenowaliśmy razem karate shotokan jakieś dwa albo trzy lata. Gdy skończyła się podstawówka i obaj poszliśmy do innych szkół średnich, nasze drogi się rozeszły. W tym czasie miałem okazję zobaczyć również film „Wejście smoka”. Bruce Lee zrobił na mnie ogromne wrażenie i sztukami walki zacząłem interesować się na poważnie. Przy okazji wyczytałem gdzieś, że aikido jest stylem walki, w którym siła fizyczna nie stoi na pierwszym miejscu. To mnie zaciekawiło, bo kolega, z którym trenowałem karate był bardzo atletyczny i w starciach nie miałem z nim szans. Dodatkowo w magazynie „Świat młodych” Marek Woźniak, aikidoka z Zielonej Góry, miał swój dział, w którym prezentował różne techniki. Próbowałem je wykonywać, ale jakoś mi to nie wychodziło. Zacząłem więc szukać sekcji aikido i znalazłem ją pod moim domem, na oddziale Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Okazało się jednak, że sekcja ma dwa lata i nie prowadzi aktualnie naboru. Wtedy dowiedziałem się, że jest w Poznaniu człowiek, który jest uczniem Mariana Osińskiego, czyli pioniera aikido w Polsce. Powiedziano mi, że ma on plan stworzenia sekcji i że poszukuje do niej ludzi. Ja załatwiłem około dwudziestu chłopaków z klasy i podwórka, a on salę i tak ruszyła sekcja aikido. Niestety z czasem większość trenujących się wykruszyła, ja jednak cały czas działałem. Dodatkowo miałem kolegów z karate, boksu czy kickboxingu i czasami również razem trenowaliśmy. Motywem przewodnim moich działań było jednak cały czas aikido, ale gdzieś w głowie fascynowała mnie myśl o konfrontacji różnych stylów i ich skuteczność w realnej walce. Zawsze byłem chętny do sprawdzania się. Trenując z osobami z innych klubów widziałem, że aikido nie do końca działa, że nie jest efektywne. Trener powtarzał, że to przez to, iż jestem za słabo wyszkolony, więc stwierdziłem, że muszę wybrać się do kraju, w którym wszystko się narodziło, czyli do Japonii.

Wyjazd do Japonii na początku lat 90. XX wieku musiał postawić przed tobą sporo ciekawych wyzwań. Choćby logistycznych i komunikacyjnych.
Tak, wyjazd do Japonii był nie lada wyzwaniem, nie tylko pod względem logistycznym i komunikacyjnym, ale też finansowym. To były zupełnie inne czasy niż teraz. Mój ojciec pracował wówczas na targach poznańskich i jak to Poznaniak, wszystkie dodatkowe pieniądze z pracy skrzętnie gromadził. Dzięki temu odłożył coś dla mnie i dla brata. Chciał to przeznaczyć na nasz rozwój. Mówił np. że jeśli będziemy chcieli założyć firmę, to nam pomoże. Dostałem jednak te pieniądze i chociaż miałem świadomość, że ojciec nie do końca popierał moją decyzję, zdecydowałem się z nich skorzystać. Za bilet i cały wyjazd do Kraju Kwitnącej Wiśni zapłaciłem wówczas około dwóch tysięcy dolarów. Zanim jednak do wyjazdu doszło, musiałem nawiązać kontakt z Japończykami, ale wtedy nie było internetu. Poszedłem do tłumacza, który przygotował mi cały tekst po Japońsku i wysyłałem listy do różnych mistrzów. Wszystko robiłem na dobrym papierze, starałem się, żeby było ładnie napisane. Już na samego tłumacza i wysyłanie tych listów straciłem dużo pieniędzy. Dziś wydaje się to być niesamowite, ale wtedy dla mnie to było normalne. Robiłem wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Przez rok nie otrzymałem od nikogo żadnej odpowiedzi. W końcu, gdy nadeszła, ktoś uświadomił mnie, że było to jedynie kurtuazyjne zaproszenie, które nie wiązało się z żadną gwarancją zakwaterowania lub jakiejkolwiek pomocy na miejscu. Pisałem więc dalej, licząc na coś konkretniejszego. W końcu otrzymałem odpowiedź, z informacją, że będę miał zapewnione małe lokum na miejscu. Wówczas uświadomiłem sobie, że przecież nie znam japońskiego. Poszedłem na kurs, ale ten język zupełnie mi nie wchodził do głowy. Postanowiłem więc nauczyć się angielskiego. Wykupiłem prywatne lekcje i chociaż ostatecznie kaleczyłem mowę Szekspira, to potrafiłem się porozumieć.
Wyruszyłem do Japonii w roku 1991, miałem wówczas 23 lata, a mój pobyt tam trwał trzy miesiące. Na miejscu okazało się niestety, że i owszem, lokum mam zapewnione, ale muszę za nie płacić. Nie miałem wystarczająco dużo pieniędzy, więc załatwiono mi pracę, z której wszystko opłacałem. Sam pobyt był daleki od moich wyobrażeń. Mówiąc szczerze, nieco się załamałem na miejscu. Myślałem, że oni trenują tam profesjonalnie i cały dzień ktoś jest na sali, a oni trenowali cztery, albo trzy razy w tygodniu. I to tylko wieczorami. Byłem zdruzgotany. Chodziłem więc dodatkowo np. na karate oraz inne style, zwiedzałem i tak mijał mi pobyt. Pojechałem do Japonii jako brązowy pas, oni mieli trzecie, czwarte dany, a ja byłem dużo lepszy od nich. Znałem dużo więcej technik i co ciekawe, zostałem poproszony, żebym prowadził zajęcia dla początkujących. W trakcie całego wyjazdu najbardziej ucieszyłem się z możliwości spotkania Shoji Nishio, który był uchideshi, osobistym uczniem Moriheia Ueshiby, twórcy aikido. Jego system w aikido wydawał się być systemem niosącym za sobą efektywność, a to mnie właśnie najbardziej interesowało. Gdy tylko miałem wolną chwilę, szedłem do wypożyczalni i pożyczałem wszystko o sporach walki, a były tego w Japonii dosłownie setki. Oglądałem również walki międzystylowe i chłonąłem wiedzę w tym zakresie, poszukując najskuteczniejszych technik i stylów. Niestety już wówczas zacząłem dostrzegać wszystkie ograniczenia, jakie niosło z sobą aikido. I chociaż później nawiązałem kontakt w Anglii z grupą aikido sportowego (jest to znacznie lepsza forma tego stylu walki, zwraca się dużą uwagę na motorykę i elementy sprawnościowe, które są niezbędne w walce) to ciągle myślałem o czymś innym. Dzięki aikido zjeździłem kawałek Europy. Byłem w Dani, Szwecji, Niemczech i Francji. Dużo czytałem, analizowałem i rozmyślałem nad skutecznością różnych stylów walki, gromadziłem tę wiedzę, aż w końcu trafiłem na kasety wideo z UFC.

Jaka była wówczas twoja pierwsza myśl? Co cię najbardziej zaciekawiło?
Pierwszy kontakt z UFC uświadomił mi, jak ważne w konfrontacji stylów są zapasy i brazylijskie jiu-jitsu. Wtedy też zaczęliśmy działać w tym zakresie z Andrzejem Kościelskim, z którym znaliśmy się dość długo. Uznałem też, że muszę skupić się na BJJ i tego stylu się nauczyć. Najpierw razem z Pawłem Ziółkowskim pojechałem na seminarium do Szwecji, które prowadził Fábio Gurgel, prawdziwa ikona BJJ. Potem ściągnąłem do Polski Leandro Borgo, jednego z jego asystentów. Miałem też indywidualnych uczniów, którzy zasponsorowali mi przyjazd Steve’a Neckli z USA. Dzięki temu przez tydzień prowadził on ze mną indywidualne zajęcia. Dostałem też od niego kasety z nagranymi technikami, które systematycznie trenowałem. W tym czasie prowadziłem nadal zajęcia z aikido i dokładałem do tego nowe elementy, na przykład z boksu. Starałem się zbierać wiedzę z różnych dyscyplin i wszystko to łączyć w jedną całość. W końcu, dzięki Leandro Borgo po raz pierwszy wyruszyłem do Brazylii. Pojechałem z Michałem Adamczakiem, Sławomirem Barczakiem i jeszcze jednym chłopakiem ze Szczecina, który już nie trenuje. Leandro załatwił nam tanie lokum, no i trenowaliśmy. Niestety nie było to nic nadzwyczajnego. Czuliśmy, że tam nie chcą nam niczego pokazać. Trening wyglądał zawsze tak samo, była mocna rozgrzewka, około trzydziestu minut, po których ledwie żyliśmy. Potem były dwie, trzy techniki, ale to trwało może z dziesięć minut i później było czterdzieści minut walk. I tak trenowaliśmy trzy razy dziennie. Po dwóch tygodniach byliśmy przemęczeni, pojawiły się pierwsze kontuzje. My chcieliśmy się uczyć, a ciągle walczyliśmy. Zaczęliśmy więc rozglądać się za kimś innym. Niestety później trafiliśmy z deszczu pod rynnę. Tam praktycznie nikt nie ćwiczył technik, wszyscy ciągle walczyli. Okazało się, że taka jest specyfika Brazylii, a jeśli chcieliśmy się nauczyć technik, trzeba było zapłacić za indywidualne zajęcia. Niestety nikt wprost o tym nie mówił.

Jak jednak doszło do tego, że stanąłeś na ringu do starcia z Tomaszem Jamrozem? Starcia, które jest uważane za pierwsze w historii wszechstylowej walki wręcz w Polsce.
Zawsze myślałem o łączeniu wszystkich stylów w jedną całość i poszukiwaniu najskuteczniejszych technik w realnej walce. Chciałem się też próbować, gdzieś startować. Byłem niesiony BJJ, czułem moc. Najciekawsze co udało nam się wówczas znaleźć, to były zawody przygotowywane przez Polską Organizację Jiu-Jitsu. To były zawody z walkami o dość dziwnych zasadach, np. w parterze miało się około dziesięciu sekund na wykonanie techniki, inaczej walka wracała do stójki. Nie mogłem więc kończyć walk, bo gdy zaczynałem dusić przeciwnika, to przerywano starcie i podnoszono je do góry. Po jednej z konfrontacji, którą wygrałem duszeniem trójkątnym i za którą dostałem wyróżnienie za najlepszą walkę i pierwsze miejsce w zawodach, organizator zaproponował mi starcie w MMA z Tomaszem Jamrozem. Wygrałem i czułem się z tym świetnie, ale to była moja jedyna walka w MMA.

Nie chciałeś się dalej próbować?
Chciałem, ale nie mogłem. Od zawsze miałem za słaby wzrok i groziło mi odklejenie siatkówki. Od lekarzy słyszałem: broń boże podnoszenia ciężarów, broń boże uderzenia w głowę. Ja to wszystko robiłem, ale uznałem, że nie chcę więcej kusić losu. Nigdy nie czułem potrzeby bycia typowym zawodnikiem. Mnie to wszystko fascynowało jako pewien twór, styl życia, idea. Owszem lubię się sprawdzić, ale gdy już się to stało, nie czułem potrzeby dalszego sprawdzania się. Znałem swoje możliwości i nie czułem potrzeby udowadniania sobie czegoś więcej. Aktualnie realizuję się jako trener i chociaż mam też inne problemy zdrowotne i nie mogę trenować tak, jakbym tego chciał, to mogę przekazywać moją wiedzę młodym adeptom sztuk walki. Obecnie, najbardziej fascynuje mnie jak najskuteczniej i najszybciej przekazywać wiedzę, a więc uczenie się i nauczanie. To zresztą chyba jest jedna z najważniejszych umiejętności życiowych.

 

FightExpert Magazine nr 7

Foto. Daniel Marczak oraz prywatne archiwum Karola Matuszczaka.

Udostępnij

Comments are closed.