Paweł Nastula – wywiad

Paweł Nastula – wywiad

26 czerwca 2005, czyli dokładnie 13 lat temu, Paweł Nastula zadebiutował w japońskiej organizacji PRIDE. Z tej okazji warto przypomnieć wywiad, którego mistrz olimpijskim w judo udzielił nam do drugiego numeru FightExpert Magazine w 2015 roku, w dziesiątą rocznicę tego występu.

Paweł Nastula opowiedział nam, jak wspomina to wydarzenie oraz co działo się przy okazji pierwszej walki na białym ringu nieistniejącej już japońskiej organizacji PRIDE.

 

Jacek Łosak: W 2004 roku zakończył pan oficjalnie karierę judoki, a rok później stanął na białym ringu PRIDE. Proszę powiedzieć, jak to wszystko się zaczęło?
Paweł Nastula: Cóż, troszkę przypadkowo. Mój kolega, który mieszkał w Japonii i również zajmował się judo, interesował się MMA. Będąc wtedy na obozie judo w Japonii, rozmawiałem z nim i oglądaliśmy walki z USA, jeszcze chyba toczone bez rękawic. Spodobało mi się i powiedziałem, że może kiedyś bym sam spróbował, a on to sobie zapamiętał. W momencie, kiedy zakończyłem przygodę z judo, okazało się, że znajomy zna człowieka związanego z PRIED, któremu opowiedział o możliwości moich startów i tak to się zaczęło — pierwsze rozmowy, spotkanie w Japonii, a potem walka.

Jak długo zastanawiał się pan, czy się zdecydować?
Trochę to trwało. Chyba jakieś dwa miesiące. Początkowo pierwsze walki miały być na zasadach samych chwytów, ale to się jednak jakoś rozmyło i zacząłem, że tak powiem, z grubej rury.

Pytam o tę decyzję, ponieważ zastanawiam się, czy pojawiła się u pana wtedy w głowie myśl, że decydując się na MMA, media przygotują na pana taką nagonkę? Czy nie przeczuwał pan, że może tak to wyglądać?
Takie życie. W swoim dużo przeżyłem i pewnie jeszcze dużo przeżyję. Tak to wygląda, jak ludzie są zawistni i nie ukrywam, że rzeczywiście wtedy wszystkie media sportowe, głównie liczące się, bardzo źle o mnie mówiły i bardzo krytycznie w ogóle się odnosiły do tej dyscypliny. Natomiast w tej chwili te same media, piszą dużo o MMA i chcą o tym pisać. Zatem jak widać, wszystko się zmienia. Wtedy, prawie że zostałem zlinczowany. Natomiast w życiu jest tak, że, jak się ma rodzinę, to trzeba tę rodzinę być w stanie utrzymać. Ja miałem wspaniałą karierę judo. Odnosiłem wielkie sukcesy. Zdobyłem złoty medal olimpijski, ale sam medal, który jest u mnie na półce, jeść mi nie daje. Nigdy nie ukrywałem, że w dużej mierze kwestia finansowa zadecydowała o tym, że podjąłem się tego wyzwania, a ludzie zawsze będą gadać.

Przyjął pan na siebie zadanie przedstawienia Polakom MMA i to dzięki panu trafiło ono do mediów tzw. głównego nurtu. Jak osobiście odbierał pan te wszystkie uwagi w stosunku do swojej osoby?
Szczerze, miałem to w nosie. Miewałem już trudne momenty w judo i różne sytuacje, które się wokół tego toczyły, więc niejako byłem już uodporniony. Wiedziałem czego chcę, wiedziałem, że nie ma co się przesadnie przejmować. Nie siedziałem i nie czytałem wszystkich gazet i nie łapałem się za głowę. Oczywiście coś do mnie docierało, bo moi znajomi, przyjaciele informowali mnie o tym. Nie przejmowałem się tym jednak. W końcu każdy musi coś tam sobie powiedzieć i napisać. Dla mnie ważne było to, czy ja się z tym dobrze czuję, czy dobrze robię. Uważałem, że tak. Życie różnie się toczy, raz jest lepiej, raz jest gorzej, a rodzina jest cały czas i trzeba ją utrzymać.

Przejdźmy do samej walki. Trudno było przestawić się panu z judo na MMA? I jak długo przygotowywał się pan do tego pierwszego starcia?
Bardzo trudno. Przygotowania i oczekiwanie na tę walkę będę pamiętał do końca życia i nigdy tego nie zapomnę. Był to niesamowity czas, ogromny stres i niepewność. Otwierała się przede mną nowa historia i nie bardzo wiedziałem co się wydarzy. Pierwszą walkę stoczyłem z ówczesnym numerem dwa na świecie w kategorii ciężkiej, po jakichś trzech miesiącach treningów i przygotowań. A byłem wtedy całkowicie zielony. Nie za bardzo wiedziałem, z czym to się je. Oczywiście do czasu debiutu zrobiłem bardzo dużo różnych treningów i bokserskich i stójkowych, ale wiadomo, że do tego potrzebne są lata, a nie miesiące. Potrzeba bardzo dużo czasu, żeby się przestawić i rzeczywiście powiedzieć, że jest się zawodnikiem MMA. Także nie ukrywam, że dość mocno to przeżyłem i ciężko mi było. Podjąłem jednak wyzwanie i wiedziałem, że muszę wyjść i walczyć, bo innej drogi nie ma. Nie ukrywam, że miałem także chwile zwątpienia, gdy zacząłem się zastanawiać: cholera co ja tutaj robię! – ale było za późno (śmiech).

Wspomniał pan o ważnej rzeczy, czyli o tym, że został pan rzucony na głęboką wodę i w swoim debiucie miał starcie z numerem dwa wagi ciężkiej. Sama jednak walka było bardzo wyrównana. Czego zatem zabrakło pod koniec pierwszej, wtedy dziesięciominutowej, rundy?
No właśnie, musimy pamiętać, że te rundy trwały dziesięć minut i to było dla mnie zgubne. Ja zawsze walczyłem pięciominutówki w troszeczkę innej dyscyplinie, co też jest dosyć istotne, bo sam sposób prowadzenia walki jest zupełnie inny. Tu w ostatnich minutach zabrakło mi zwyczajnie zdrowia. Brak tlenu i doświadczenia. Za szybko chciałem wygrać to starcie, za bardzo się spiąłem i to spowodowało dalsze konsekwencje. Natomiast sama walka – po tylu latach mogę powiedzieć – że wstydu mi nie przyniosła.

Patrząc jednak z perspektywy tych wszystkich lat, uważa pan, że warto było, zrobiłby pan dziś to samo? Czy może pojawiają się myśli, że to był w jakimś sensie błąd?
Nie, nie uważam, że to był błąd. Uważam natomiast, że może gdyby to było cztery, pięć lat wcześniej np. po igrzyskach w Sydney, w których mi nie wyszło, to może byłoby więcej zwycięstw w MMA i może kariera potoczyłaby się jeszcze lepiej. Natomiast taki był mój wybór i nie żałuję go, bo akurat, jeżeli chodzi o judo, już wtedy wiedziałem, że nie za bardzo mogę jeszcze coś osiągnąć, a MMA było niejako przedłużeniem kariery. Mogłem jeszcze coś zwojować, no i oczywiście zarobić na tym jeszcze jakieś pieniądze. Nie uważam, że popełniłem błąd.

Na zakończenie powiedzmy o tym, jak różnie pana decyzja o przejściu do MMA była odbierana w Polsce i w Japonii. Jak pan został tam przyjęty? W kraju kwitnącej wiśni był pan przecież żywą legendą.
Tam było zupełnie inaczej. W Japonii szanuje się wojowników, sportowców, docenia się ich osiągnięcia. Ja tam jechałem jako mistrz olimpijski, mistrz świata w judo, który wielokrotnie walczył z Japończykami i wygrywał, więc traktowano mnie tam z wielkim szacunkiem i czasami ciężko było nawet spokojnie przejść. Na konferencji prasowej pojawiło się 50-80 dziennikarzy. Mieliśmy pełną obsługę, samochody z kierowcą, osobę, która się nami zajmowała przez 24 godziny na dobę. Dodatkowo sama gala, była świetnie zorganizowana, z wielkim rozmachem i całość robiła niesamowite wrażenie. Wszystko działało jak w zegarku, nie było żadnych poślizgów, żadnych momentów, żeby coś nie zagrało. Czułem się tam wspaniale, czułem się doceniony.

Rozmawiał: Jacek Łosak

(FightExpert Magazine nr 2 – 10/2015)

Udostępnij

Comments are closed.